Na Ukrainie telewizja publiczna ma jeden procent widowni. W Czarnogórze redaktor naczelny jest wybierany przez Radę Programową złożoną wyłącznie z polityków. W Kazachstanie gdy brakuje reklam, pokazuje się portret prezydenta. Z węgierskiej telewizji publicznej, mającej 10 proc. oglądalności, zwolniono już 2600 osób. W Chorwacji dziennikarze dostają pensję w krzesłach i żyrandolach, a podczas dyżurów myją ustępy.
To tylko kilka z informacji, które wymieniano w Budapeszcie podczas konferencji w sprawie mediów publicznych, zorganizowanej przez IFJ – Międzynarodową Federację Dziennikarzy. Jej celem było wsparcie kampanii na rzecz mediów publicznych, prowadzonej przez IFJ od zjazdu w Seulu w czerwcu 2000 roku. W wielu krajach świata telewizja publiczna staje się bowiem wymierającym gatunkiem: politycy próbują przerobić ją w narzędzie urabiania opinii, albo niszczą, doprowadzając do niemocy finansowej i organizacyjnej.
Program to nie towar
– Tymczasem – twierdził sekretarz generalny FIJ, Aidan White – prywatne media nie są w stanie spełnić wszystkich zadań stawianych przed nadawcami publicznymi. Nie stać ich na rzetelne serwisy informacyjne, na programy dla mniejszości narodowych i społecznych, lokalne programy dziecięce, teatr, muzykę poważną. – Mamy prawo do niepokoju, gdy tacy medialni magnaci jak Kirch i Murdoch bez pardonu rozpychają się w kolejnych krajach – alarmował White, Anglik od lat występujący w obronie wolności słowa i dziennikarzy na świecie.
– Od wielu lat Rada Europy i Komisja Europejska stoją na stanowisku, że programy radiowe i telewizyjne nie są towarami jak każde inne – dowodził – ponieważ mają znaczenie kulturalne i społeczne daleko wykraczające poza ich rynkową wartość. W wielu krajach o tym się zapomina, jesteśmy w tej sprawie świadkami bezwładu i celowej ignorancji.
I choć tematem budapeszteńskiego spotkania była sytuacja w Europie Wschodniej i Południowej, gdzie mechanizmy demokracji są świeżego chowu, to najnowszy, bulwersujący przykład instrumentalnego traktowania mediów pochodził z Europy zachodniej.
„Rząd nadal wzbrania się przed długo oczekiwaną reformą RAI” – alarmował IFJ pod koniec stycznia br. w liście do Romano Prodiego, szefa Komisji Europejskiej, podnosząc sprawę „niemożliwego do akceptacji i tolerowania konfliktu interesów włoskiego premiera, Silvo Berlusconiego”. Choć nie można zarzucić niedemokratycznego charakteru wyborom, w których Berlusconi zdobył władzę w zeszłym roku, to musi niepokoić fakt, iż trzy kanały telewizyjne, których jest właścicielem, poświęciły mu podczas kampanii wyborczej czterokrotnie więcej czasu niż jego rywalowi.
Stanowisko, które objął Berlusconi, łączy się z wpływami na radio i telewizję publiczną, co tworzy oczywisty konflikt interesów, niedopuszczalny w „nowoczesnej demokracji, wymagającej by zarządzanie mediami było niezależne i profesjonalne”. Sam Berlusconi w maju 2001 roku uznał, że jest to jedna z najpilniejszych spraw do rozwiązania w ciągu pierwszych 100 dni działania jego rządu.
„Pierwsze 100 dni dawno minęło, a konflikt interesów nadal istnieje” podkreślał list IFJ do Prodiego. „Jesteśmy przekonani, że taka sytuacja nie byłaby tolerowana przez Unię Europejską w żadnym z krajów aspirujących do członkostwa” stwierdzał IFJ, żądając od szefa Komisji Europejskiej podjęcia działań wobec włoskiego rządu.
O rezultatach tego wystąpienia na razie cicho, odezwała się natomiast włoska prasa. Przedstawiając sprawę na czołówce numeru, włoski dziennnik Il Giornale pisał o „medialnym dżihadzie” i „talibanach z Brukseli”. Nic dziwnego – właścicielem Il Giornale jest brat Berlusconiego.
Ten przykład pozwala nam czuć się nieco lepiej, przynajmniej dopóki Mariusz Walter czy Zygmunt Solorz nie zechcą otwarcie wdać się w politykę. W większości europejskich krajów nowych demokracji przekształcenie mediów państwowych w publiczne miało miejsce na początku lat 90., ale w krajach powstałych po rozpadzie Związku Radzieckiego i Jugosławii ten proces nadal nie jest zakończony. Wpierw trzeba przekonać polityków, że nadawca publiczny to nie to samo, co państwowy. Wiele zależy od systemu finansowania. Najgorzej jest, gdy środki płyną wprost z budżetu, ale i przeciwny biegun – zasilanie tylko z opłat za posiadanie radia lub telewizora – może także okazać się finansową pułapką, kiedy obywatele przestają płacić daninę, której prywatni nadawcy nie wymagają. Na tym tle mieszane finansowanie Telewizji Polskiej wygląda na nie najgorsze rozwiązanie, mimo niskiej ściągalności abonamentu i komercjalizacji programu.
Potrzebny wstrząs, jak w Pradze
Misje FIJ, wysyłane do krajów nowych demokracji, gdzie niedofinansowane i upolitycznione telewizje publiczne znalazły się na skraju upadku (Węgry, Czechy, Bułgaria) alarmują opinię publiczną, ale nie są w stanie zmienić rzeczywistości, coraz wygodniejszej dla polityków i coraz gorszej dla wyborców.
Rok temu wydawało się, że strajk dziennikarzy czeskiej telewizji publicznej, wsparty demonstracjami 100 tysięcy ludzi na Vaclavskiem Namesti doprowadzi do poważniejszych zmian nie tylko nad Wełtawą. „Akcja dziennikarzy czeskiej telewizji – stwierdzał raport FIJ – była inspiracją do dyskusji o mediach publicznych w Polsce, na Słowacji, w Bułgarii i na Węgrzech oraz dowiodła, że walka o istotę mediów publicznych jest daleka od rozstrzygnięcia”.
W Pradze poszło o nominację na dyrektora generalnego telewizji publicznej Jiriego Hodaca, dziennikarza doświadczonego, ale blisko związanego z ODS, partią byłego premiera Waclawa Klausa oraz Jany Bobsikowej, doradczyni Klausa, na szefa programów informacyjnych. Przed świętami Bożego Narodzenia 2000 protestujący dziennikarze zaczęli nadawać własne programy, a w Sylwestra zaczął się strajk 1800 z 2500 pracowników telewizji. Wielka demonstracja poparcia dla nich miała miejsce trzy dni później, a 11 stycznia 2001, po wezwaniu do rezygnacji przez parlament, dyrektor Hodac podał się do dymisji „z powodów zdrowotnych”.
Misja IFJ, która badała sytuację na miejscu w połowie stycznia 2001 roku, odnotowując sukces dziennikarzy, którzy „chcą niezależnie i samodzielnie ujawnić prawdę” jak określił to prezydent Waclaw Havel, wysnuła następujące wnioski.
1. Konieczne jest stworzenie przejrzystego systemu nominacji do Rady Telewizyjnej przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, a nie polityków;
2. Finansowanie telewizji publicznej, łącznie z przetargami na wykonywanie prac na jej rzecz, powinno być jawne, przejrzyste i kontrolowane;
3. Praca redakcji powinna być oparta na pluralizmie poglądów, gwarantowanej statutem wewnętrznym, pozwalającym dziennikarzom nie wykonywać pracy niezgodnej z zasadami zawodu i ich sumieniem.
Sami swoi nad Dunajem
Miesiąc później przedstawiciele FIJ zajmowali się kryzysem publicznej telewizji i radia na Węgrzech. Tu nie było strajku, ani demonstracji poparcia, choć sytuacja podobna do czeskiej: na kierownicze stanowiska rządzący mianowali „swoich”. Szefową radia została Katalin Kondor, autorka cotygodniowych słodkich pogadanek na antenie z premierem Orbanem, a szefem telewizji – Karol Mendreczky, kandydat na radnego Budapesztu rządzącej partii Fidesz.
Do tego telewizja publiczna dramatycznie traciła rynek. W sierpniu 2000 roku jej trzy kanały: MTV1, MTV2 i Duna (dla Węgrów za granicą) miały już tylko 14,5 procent oglądalności i dalej jechały w dół, podczas gdy dwa przodujące kanały komercyjne TV2 i RTL Klub zgarniały już 2/3 widowni. Wpływy z reklam w ciągu 4 lat spadły czterokrotnie; dzienne straty telewizji publicznej wynosiły 70 tysięcy dolarów.
W lutym 2001 w Budapeszcie i Szegedzie demonstrowali dziennikarze, którym telewizja od pół roku zalegała z wypłatami honorariów. Jedynym ratunkiem dla budżetu MTV była sprzedaż nieruchomości, co kolejni szefowie skwapliwie wykorzystywali oraz prośby do rządu o dofinansowanie działalności, co w oczywisty sposób wpływało na stosunek do rządu. W tej sytuacji rezygnacja z pomysłu, by nawet w programach satyrycznych zachować równowagę i tyle samo czasu poświęcać krytyce rządu, co opozycji, wyśmianego przez intelektualistów i prasę, zakrawała na heroizm.
Był jeszcze jeden, specyficznie węgierski element tego kryzysu: spór wokół nominacji do ciała nadzorującego telewizję. Od 1999 trwał w tej sprawie klincz, ponieważ parlament wybrał niekompletną Radę, bez przedstawicieli opozycji, która na 4 przypadające jej miejsca konsekwentnie wysuwała 5 kandydatów. Sprawą zajmowały się sądy, aż po Trybunał Konstytucyjny, a za kulisami trwały polityczne przetargi, których efektem było wyrzucanie kolejnych, niepokornych dziennikarzy pod pretekstem restrukturyzacji telewizji.
Gdy podczas konferencji pytaliśmy Węgrów o obecną sytuację, machali ze zniechęceniem rękami: przy 10 procentowej oglądalności nie ma to już większego znaczenia. Raport IFJ domagał się tego, co w Czechach, a także konsultacji wszelkich zmian z zespołami oraz płacenia w terminie za pracę. Opracowanie IFJ miało tytuł „Telewizja na krawędzi”, a przez rok MTV zrobiła kolejny krok naprzód.
Bułgarskie radio protestuje
Trzecia z misji IFJ pojechała jesienią 2001 roku do Bułgarii. Tu także kryzys publicznych mediów zaczął się od wątpliwej nominacji na szefa publicznego radia Ivana Borislavova, przeciwko czemu zaprotestowali dziennikarze i technicy radiowi. Gdy ich racje rozpatrywał Sąd Najwyższy, nowe kierownictwo z pomocą policji przeprowadzało reorganizację. W odpowiedzi dziennikarze ograniczyli nadawanie wyłącznie do informacji i muzyki, powstrzymując się od przedstawiania komentarzy, wywiadów i opinii. W 42 dniu protestu zwolniono Lily Marinkową, legendę bułgarskiego radia, a policja dopuszczała do pracy wyłącznie osoby lojalne wobec nowego kierownictwa. Gdy Sąd Najwyższy orzekł, że nominacja Borisławowa była bezprawna, wyrzucono kolejnych 6 protestujących.
Raport FIJ miał tytuł „Kryzys bułgarskich nadawców”, co dowodzi, że tym razem jego autorzy w istocie byli bezradni. Przyjechali, gdy zmieniła się już władza polityczna, choć publiczne media robiły co mogły, by ruch na rzecz cara Symeona przedstawiać jak najgorzej. Znaleźli publiczne radio finansowane wprost z budżetu, co pozwoliło na zmniejszenie wydatków nawet czterokrotnie z powodów czysto politycznych. Jednocześnie licencje dostało 500 prywatnych radiostacji, więcej niż istnieje w Wielkiej Brytanii, choć wielkość rynku reklamowego szacuje się nad Tamizą na 1,2 mld dolarów, a w Bułgarii zaledwie na 50 mln. dol.
„Jedno ze spotkań skoncentrowało się na działaniu publicznego radia i telewizji bułgarskiej – piszą autorzy raportu IFJ. – Pokazało ono jak bardzo „wybory” na szczycie drabiny służbowej były pod wpływem polityków. W rezultacie kolejne, coraz niższe szczeble były obsadzane przez tych, których nominacje były przedmiotem politycznego targu”.
TVP niezależna od rządu?
Zastanawiam się, jakie byłyby wnioski IFJ, gdyby misja z Brukseli przyjechała do Polski. To czysta spekulacja, bo z budapeszteńskiej perspektywy kryzysu w polskich mediach publicznych nie było widać: nikt nie demonstrował przecież pod polskim Sejmem, o strajku telewizyjnych dziennikarzy nie może być mowy, a to, że prowadzący „Wiadomości” bierze szybki urlop jest niezauważalne.
„Sytuacja Telewizji Polskiej jest najbardziej obiecująca – przeczytałem w studium porównawczym „Telewizja publiczna w Europie Środkowo-Wschodniej” dołączonym do materiałów konferencji.– Ma ona dobrą pozycję pod względem oglądalności i udziału w rynku reklam, nawet w porównaniu z kanałami telewizji publicznej na Zachodzie Europy, przynosi zysk i ma opinię niezależnej od rządu”. – Chyba poprzedniego – powiedziałem autorowi tych słów, Peterowi Bajomi-Lazar, co przyjął ze zdziwieniem, bo oparł się na opinii podobnej sobie polskiej badaczki mediów, pani Beaty Ociepki. – Być może to informacje lekko nieświeże – stropił się – będę musiał to sprawdzić.
Nie ma jednego modelu
Kłopot w tym, że do świadczenie Zachodu, niezależnie od przypadku Berlusconiego, nie oferuje krajom nowych demokracji jednego, pewnego modelu działania publicznych mediów. W latach 90. były one w kryzysie, wszędzie tracąc widzów na rzecz nadawców komercyjnych. We Francji oglądalność dwóch kanałów telewizji publicznej, France 2 i France 3 stopniała do 41 proc.; niewiele więcej, bo 44 proc. widowni zdołały utrzymać niemieckie ARD i ZDF. Trzy kanały włoskiej RAI maja 48 proc. oglądalności, zaś BBC1 i BBC 2, w powszechnej opinii najlepiej radzące sobie z komercyjną konkurencją, muszą się zadowolić 44 procentami widowni.
Wnioski są oczywiste: telewizja publiczna, zaprojektowana jako okno na świat dla wszystkich, staje się medium wykształconych, a więc zamiast wyrównywać poziom obywatelskiej edukacji, pogłębia społeczne podziały. Czy ma wobec tego prawo do ściągania abonamentu od wszystkich?
Naukowcy zajmujący się jej przyszłością, wskazują na trzy możliwe drogi rozwoju mediów publicznych. Pierwsza, reformistyczna mówi o przemianie koniecznej w epoce komercyjnej konkurencji i zapewnianiu przez nadawców publicznych tylko takich programów, na które prywatnych stacji nie stać: dyskusji politycznych, wysokiej kultury, programów dla mniejszości.
Druga, tradycyjna, brzmi jak niegdysiejsza obrona socjalizmu: im szybciej się sypał, tym bardziej należało wracać do jego korzeni. Według niej media publiczne mają być takie jak dawniej, trzeba tylko więcej pieniędzy na takie same programy i skończyć z tym fałszywym fetyszem oglądalności.
Jest wreszcie trzecia droga, pragmatyczna: być może przy rynkowych przemianach mediów w publiczna telewizja nie musi istnieć w ogóle, wystarczy jeśli będą istniały programy spełniające jej misję na podstawie przetargu o środki z Funduszu Mediów Publicznych. W ten sposób oszczędzi się na ogromnych kosztach funkcjonowania nadawców-molochów i będzie można, przynajmniej w teorii, zlikwidować w nich polityczne wpływy i nominacje. Tego jednak nikt jeszcze nie spróbował, bo i dlaczego miałby to robić, skoro rzecz zależy od decyzji polityków, a ci akurat są najmniej zainteresowani taką reformą.
No i mamy to, co mamy, czyli telewizję publiczną jak dom.