To był wspaniały pogrzeb – jeśli wypada tak powiedzieć. Maćka Łukasiewicza odprowadzała na powązkowski cmentarz nie tylko najbliższa rodzina, ale zaskakująco wielu znajomych, przyjaciół, zapewne i Czytelników „Rzeczpospolitej”.
Był wieniec od prezydenta i list od arcybiskupa Życińskiego, autora „Plusa i Minusa”. Była koncelebrowana msza święta – odprawiał ją ksiądz Niewęgłowski, pasterz środowisk twórczych, podobnie jak sobotnią, w swoim kościele przy placu Teatralnym, kiedy to informując o wtorkowym pogrzebie nie wspomniał, że zacznie się on mszą u św. Karola Boromeusza właśnie. Jeszcze nie wiedział, że ją odprawi? Były przemówienia nad grobem – niestety, prawie niesłyszalne, bo bez mikrofonu – wygłoszone także przez Jana Lindta, norweskiego szefa Orkli Media. Z tego, co powiedział Stefan Bratkowski zobaczyłem tylko palce uniesione w górę ze znakiem V – tej litery, której nie ma w polskim alfabecie (dla młodszych: to cytat z wojennego wystąpienia generała Jaruzelskiego). Była też piękna, letnia pogoda – co ma znaczenie dla nastroju łagodnego smutku, w jakim odbywało się to pożegnanie.
Przypomniało mi się podobne, skromniejsze, sprzed ponad roku, kiedy to na Bródnie, w niewielkim gronie rodziny i dawnych dziennikarzy „Expressu Wieczornego” żegnaliśmy Sławka Mrowińskiego, czyli Mrówkę – wspaniałego człowieka, powstańca warszawskiego, jeszcze przedwojennego dziennikarza, nie stroniącego od radości życia. Na ścianie jego mieszkania przy Górnośląskiej wisiała dedykowana mu figlarna grafika Mai Berezowskiej – na pamiątkę wielu bibek w tym lokalu. Mrówka był autorem dwóch zasad życiowych, które wyłożył mi w początkowych latach mojej pierwszej pracy w „Expressiaku”.
W lipcu 1973 roku, po urodzinach Maćka, kiedy Zosia była jeszcze w szpitalu, zrobiłem na Dziennikarskiej, gdzie wynajmowaliśmy nasze pierwsze prawie samodzielne mieszkanie (prawie, bo Tadzio, syn właścicieli, przemykał się niekiedy przez nasz pokój do łazienki), „pępkowe” przyjęcie dla koleżeństwa z redakcji. Bawiliśmy się świetnie, Sławeczek przede wszystkim, kiedy koło północy stwierdziłem, że nagle go zabrakło. Pozostała po nim na komodzie tylko piękna łyżeczka dla pierworodnego.
Nazajutrz, ciężko cierpiący, spytałem go w redakcji czemu tak szybko zniknał. - Andrzej, zapamiętaj sobie, że z zabawy trzeba wychodzić właśnie wtedy, kiedy jest najlepsza. Zostają wspaniałe wspomnienia, bo nie widzi się marnego końca, który - jak w życiu - jest nieuchronny.
I o tej właśnie, wielkiej życiowej zasadzie Sławka opowiedziałem wtedy, podczas pięknego letniego pogrzebu na Bródnie, nad jego grobem. Było nas kilkadziesiąt osób, grał przejmująco na trąbce student warszawskiego konserwatorium, a pierwszy opowiedział o swoim ojcu jego syn. Po mnie wspominiała Sławka jeszcze jakaś miła pani. Rozchodziliśmy się w nastroju pogodnej zadumy, ciesząc się ze spotkania z dawno nie widzianymi ludźmi, choć okazją było pożegnanie kolejnego przyjaciela. Byłem już na tylu pogrzebach całkowicie zdominowanych przez urzędników kościoła katolickiego, bo tak trzeba określić tasmowo odprawiających je księży, gdzie nie było ani chwili na słowo od rodziny i przyjaciół zmarłego, na osobiste pożegnanie się z nim - że ten pogrzeb pozostanie dla mnie wzorcem, tego co być powinno. Bo nie każdemu jest dane ostatnie pożegnanie na miarę Maćka Łukasiewicza.
A druga zasada Sławeczka miała całkiem praktyczny charakter. - Jesteś w knajpie, bawisz się doskonale, kelner przynosi kolejną wódeczkę – wykładał ją Sławek - a ty prosisz go o rachunek. Zdziwiony przynosi, studiujesz, bo jeszcze data nie miesza ci się z devolajem, i odkładasz spokojnie na bok, robiąc następne zamówienie. - To po co pan o niego prosił? - pyta zdziwiony kelner. - Bo to jest rachunek przejściowy – odpowiadasz z godnością, unikając pijackiej czkawki. - Po to, żeby mi pan za wiele na koniec nie dopisał.
Wtedy, nad grobem Sławka, ta druga zasada wydała mi się zbyt przyziemna, więc o niej nie wspomniałem. Dziś myślę, że w życiu też przydają się rachunki przejściowe. Żeby nam za wiele nie dopisali.