Po raz pierwszy od wielu miesięcy byłem na dużej imprezie jako dziennikarz-freelancer (dla przyjaciół bezrobotny). No, nie do końca - bo jako taki całkiem bez przydziału jednak być nie mogłem, więc podałem jako swoją redakcję zaprzyjaźnionego miesięcznika. Z naczelnym znamy się, na pewno nie będzie miał za złe, choć zapomniałem mu o tym powiedzieć, więc nie piszę który to. I tyle o wolności dla freelancerów.
A chodziło o konferencję „Od Solidarności do wolności”, na 25-lecie związku. W hotelu Victoria spotkałem mnóstwo znajomych – o wiele więcej wśród uczestników niż wśród dziennikarzy, bo to już nie to pokolenie. Takie jak ja „młode antyki” (albo i o wiele starsze) chodziły z białymi smyczami, dziennikarskie były niebieskie. Kawę i lunch dawali za darmo, w centrum prasowym były płaskie monitory i transmisja na ściane, która popsuła sie tylko raz i tylko na pół godziny.
Otwierające wystąpienie Lecha Wałęsy - świetne, bo bez kartki. Rano był w Sejmie, miał dobry tekst, ale wygłosił go marnie – bo czytał, a Lechu, mimo doświadczenia prezydentury, pozostał mówcą wiecowym. Ze swadą nakreślił skrót historii „Solidarności” i tego, co było po niej, a moment najlepszy osiągnął, gdy opisał jak to podczas puczu Janajewa, kiedy Gorbaczowa zamknęli w jego daczy na Krymie, na czołg w Moskwie wskoczył – nie wiadomo czy całkiem na trzeźwo – kolejny opatrznościowy człowiek, Borys Jelcyn...
Kamera pokazała jak w tym momencie Kwaśniewski ukrył twarz w dłoniach – mam nadzieję, że śmiał się, bo za chwilę, w słowach pełnych szczerego szacunku dla Wałęsy powiedział, jak bardzo zazdrości mu, że jest już byłym prezydentem i może pozwolić sobie na swobodę w określeniach zachowań ich wspólnych kolegów.
Wspomniał też o propozycji związku byłych prezydentów, rzuconej mu przed chwilą przez Wałęsę – i pewności, kto będzie w nim przewodniczącym – a potem, już całkiem na serio, było dobre wystąpienie naszego odchudzonego prezydenta, który postanowił zapisać się tak właśnie na koniec swojej drugiej kadencji. A przecież jest jeszcze przed nim pożegnalna tura po Stanach we wrześniu...
Wałęsa siedział obok, słuchał, a jednocześnie odbierał pocztę na palmtopie, co sprytnie podglądała kamera. Był w swojej najlepszej formie, kołnierzyk sobie lekko rozpiął, a pod znaczkiem z Matką Boską przypiął podłużny „Solidarności”. Gdybyż taki był zawsze!
Świetnych wystąpień było zresztą wiele. Oczywiście Zbigniewa Brzezińskiego, mówiącego po polsku i po angielsku o swoim poruszeniu skazaniem polskich przywódców podziemia w Moskwie i wzruszeniu widokiem strajkujących stoczniowców w Gdańsku. Za to, co zrobił dla Polski i świata u boku Cartera, Brzezińskiemu dziękowało zresztą kilku mówców. On sam zakończył na najwyższym poziomie – mówiąc o glabalnym znaczeniu idei solidarności.
Historyk Timothy Garton Ash przypomniał, że nasza wolność tu, na wschodzie Europy (długo nie mogła się przebić nazwa Europy Środkowej, czy Środkowo-Wschodniej) wcale nie była tak oczywista dla polityków tej części kontynentu, której w Jałcie nie oddano rosyjskiemu nieźwiedziowi, ani dla Amerykanów, z Henry Kissingerem na czele. Dając rzadki przykład stosowania matematyki do mierzenia historycznych zasług, Ash podsumował, że w ostatecznym sukcesie Solidarności 60 procent to była zasługa wewnętrzna, polska; 25 procent – innych krajów obozu, a 15, najwyżej 20 procent – politykow Zachodu. Nie wiem jak on to policzył, ale podoba mi się.
Podobały mi się także słowa Bogdana Borusewicza, przypominającego jaką inspiracją dla nich – ludzi KOR-u - była już w latach siedemdziesiątych dysydencka działalność w Moskwie Andrieja Sacharowa i Siergieja Kowaliowa, obecnego zresztą na sali, który dostał stojącą owację za swoją wcale nie optymistyczną wizję odległego pokonania putinizmu w Rosji. Borusewicz przypomniał także o roli wolnych mediów i ich wysłanników – korespondentów zagranicznych, wymieniając Andrew Nagorskiego (był oczywiście), Bernarda Guettę, Wolną Europę, BBC i wiele innych.
Wieczorny koncert na placu Teatralnym oglądałem już w domu. Nie chciałem ryzykować, że będe musiał przedzierać się do lepszych miejsc, bo moja karta, mimo dopisania sobie miesięcznika, okazała sie jednak drugiego sortu: w Victorii mogłem być tylko w sali prasowej, na salę obrad wszedłem fuksem. Drugi mógł sie nie zdarzyć.
Prezydent Warszawy niezbyt skorzystał na tej promocji, mimo że od razu przypomniał obchody rocznicy powstania warszawskiego. Wyraźnie nie ma wałęsowskiego talentu do swobodnych wystąpień , a wieść gminna głosi, że w ogóle źle się czuje na światowych salonach, językami nie włada, doświadczenia w polityce zagranicznej nie ma za grosz. Za to koncert, a może raczej akademia ku czci „Solidarności” okazała się dobra: doskonałe, historyczne ujęcia na telebimach, nieco gorsze wykonania piosenek. Kory prawie nie słyszałem, „Oddział Zamknięty” za to doskonale, choć wolałbym odwrotnie. Nie jestem też pewien, czy dobór zespołów nie był na zasadzie: jak sobie starsi wyobrażają to, co lubią młodzi – ale to tylko przypuszczenie, bo na tym się nie znam.
Dla mnie ważne było co innego: to, że jedyną flagą obecną tego wieczoru na placu Teatralnym była biało-czerwono-biała flaga białoruska. Powiewał nią wytrwale jakiś młody człowiek i wreszcie ktoś zaprosił go w finale na scenę, gdzie została przejęta przez członka zespołu śpiewającego „Razom nas bogato”, hymn ukrainskiej pomarańczowej rewolucji. Ambasador Białorusi w Warszawie miał o czym meldowac do centrali, jutro Łukaszenko pewnie nas solidnie zgromi. I doskonale.
Przypominiałem sobie, że w zeszłym tygodniu, na piątkowym gdańskim koncercie Jeana Michela Jarra też była tylko jedna flaga – polska. Janek Piekło, z którym oglądaliśmy ten występ, popijając u mnie norweski akwavit Linie (wożony do Australii tam i z powrotem, żeby po nim nie kiwało), nie mógł się nadziwić kontrastowi z Majdanem Swobody w Kijowie, gdzie dwa dni wcześniej, podczas obchodów rocznicy niepodległości Ukrainy, widział morze narodowych flag.
Tymczasem wyjaśnienie jest proste – nasi i w Gdańsku, i w Warszawie przyszli na koncert, a nie na narodową manifestację, a poza tym komuniści przez pół wieku wbili narodowi do głowy, że flagi to się wywiesza na państwowe święto, albo na piłkarski mecz, ale nic poza tym.
Ale ja wcale nie narzekam – przeciwnie, jestem zdania, że te obchody czegoś, co nam się udało, a nie kolejnej narodowej klęski – są prawie takim samym cudem, jak sama „Solidarność”. Jak widać, cuda rzadko, bo raz na ćwierć wieku, ale jednak się zdarzają.