No i mamy nową gwiazdę – Kazimierza Marcinkiewicza, premiera na cztery lata albo na cztery tygodnie, jak słusznie stwierdzili dziennikarze. Jarosław Kaczyński, przywódca zwycięskiej partii, okazał się nowym Marianem Krzaklewskim, kierowcą z tylnego siedzenia, a jego brat Lech człowiekiem do wszystkiego – najlepszym na ministra, szefa NIK-u, prezydenta Warszawy, prezydenta Polski albo ... na jej premiera, za cztery tygodnie, gdyby jednak to ostatnie się nie sprawdziło. A Jan Rokita - zdaniem nowej gwiazdy – najlepszym wicepremierem od wszystkiego, czego tylko zechce. Czy nie za bardzo ten nowy premier chce się uwiarygodnić ?
Wyborczy wieczór w niedzielę oglądałem między innymi w towarzystwie Chrisa, Niemca z Bochum, który przyjechał na kilka dni po raz pierwszy do Polski. Co go najbardziej zaskoczyło? To, że Warszawa jest nowoczesnym miastem: szerokie ulice, korki, wrażenie ruchu i przyspieszenia, jak w Berlinie, który zna i lubi. To pozytywne, a druga strona medalu? Twarze ludzi – powiedział. Są bardziej chłopskie niż w jego okolicach, okrąglejsze i smutniejsze. I ta pretensja na twarzy, agresja, wzrok odpychający, usta w podkowę, postawa oczekiwania na atak - zaskoczyły i uderzyły go najbardziej.
Trafił w dziesiątkę. Dokładnie to samo zauważałem dziesięć lat temu, po powrocie ze Stanów. Kontrast między tamtejszym szablonem „keep smiling” a naszym odpychająco-agresywnym grymasem twarzy był tak uderzający, że chciałem pytać ludzi, co się stało, że mają tak wielką pretensję do świata. Wiem, wiem - pół wieku komuny, plan Balcerowicza, bezrobocie, zawiedzione nadzieje na lepsze życie. Ale wszyscy?
Dziś można powiedzieć, że tę zaciętość Polaka usosabia nowa twarz PiSu, marsowa mina premiera Marcinkiewicza – wąskie, zaciśnięte usta, ani cienia uśmiechu, szybkie, agresywne ruchy. Taka jest Polska.