Wczorajsza „Rzeczpospolita” przyniosła wiadomość porażającą. Zdołałem
ją jeszcze złapać na internetowym wydaniu gazety, więc mogę przytoczyć w całości,
bez przepisywania:
Nadtytuł: TVP: Dlaczego spadło „Pod
lupą”
Tytuł: Dyrektor Grzywaczewski wolał dmuchać
na zimne
Zdjęcia do filmu TVP o Donaldzie Tusku wstrzymano, bo były sygnały,
że powstanie materiał szkalujący kandydata. Tak Maciej Grzywaczewski,
dyrektor I Programu telewizji, tłumaczy, dlaczego zakazał dalszych
prac nad filmem. Chodzi o materiał robiony w ramach cyklu "Pod
lupą". To 10-minutowe programy, które od zeszłego tygodnia miały
być emitowane codziennie po "Teleexpressie" i przedstawiać
sylwetki kandydatów na prezydenta.
Jednak w ubiegły poniedziałek dyrektor zawrócił ekipę jadącą do Gdańska
na zdjęcia do filmu o Tusku. Następnego dnia zapadła decyzja o zdjęciu "Pod
lupą" z anteny. Na spotkaniu z dziennikarzami Grzywaczewski miał
tłumaczyć, iż dostał sygnał ze sztabu kandydata PO, że dziennikarze
chcą zrobić niepochlebny materiał o rodzinie Tuska, i postanowił wstrzymać
produkcję. Jak relacjonują dziennikarze, Grzywaczewski podkreślał,
że ma przyjaciół "w obu sztabach" (Lecha Kaczyńskiego i Donalda
Tuska - red.) i nie chce mieć kłopotów.
Dyrektor zaprzecza, by takie słowa padły, ale do pewnych znajomości
się przyznaje. Jednym z jego dobrych znajomych jest Arkadiusz Rybicki.
Razem działali w opozycji, byli m.in. współzałożycielami Ruchu Młodej
Polski, później wspólnikami w agencji filmowej Profilm. Rybicki dostał
się do Sejmu z gdańskiej listy PO. Jego brat Sławomir jest pełnomocnikiem
Komitetu Wyborczego Tuska.
- Czemu wstrzymał pan zdjęcia? - pytamy Grzywaczewskiego. - Program
pierwszy TVP nie będzie brał udziału w brudnej kampanii wyborczej.
Jeżeli będę miał informacje, że dziennikarz robi materiały, które mogą
budzić wątpliwości co do obiektywizmu, będę działał natychmiast i stanowczo.
Pytany, czy nie ma zaufania do swoich dziennikarzy, dyrektor odpowiedział,
że woli dmuchać na zimne. Okazuje się, że praca nad filmem jest jednak
kontynuowana, ale przez inną ekipę. W sobotę w domu Tusków spędził
godzinę dziennikarz "Wiadomości", rozmawiając z politykiem
i jego żoną. Materiały nakręcone na potrzeby "Pod lupą" prawdopodobnie
zostaną wyemitowane w tym tygodniu w jednym dłuższym programie.
ola
Można by tę sytuację opisać tak: oto redaktor naczelny
pochyla się nad dziennikarzem otwierającym dopiero komputer i mówi mu: Oj,
źle panu z oczu patrzy! Dzwonili, że coś mi pan tu chce złego wypichcić! Zabraniam
pisać, zabraniam myśleć, wypraszam do domu!
Tym zachowaniem i swoimi wyjaśnieniami dyrektor
Grzywaczewski przeszedł do historii polskich mediów. Przy nim osławiony poprzednik
prezesa Dworaka, ofiara afery Rywina, prezes Robert Kwiatkowski jawi się jako
liberał: on przecież z drogi nikogo nie zawracał, choć też rękę na pulsie trzymał.
Miał inne, mniej widoczne sposoby. Czerwienią sie ze wstydu PRLowscy cenzorzy:
oni - naiwni - ciachali i wstrzymywali tylko gotowe teksty, nagrania, filmy.
Cóż za nieudolność! Trzeba było wkraczać wcześniej, jak dyrektor Grzywaczewski:
wyrywać kartki z maszyn, plątać taśmy magnetofonowe, zgniatać telewizyjne kasety.
Działać natychmiast i stanowczo!
Chce się wołać: Grzywa czuwa!
I co? I nic.
Tak zwane „środowisko dziennikarskie” milczy,
być może dlatego, że sparaliżowane jest lękiem o los Donalda Tuska, któremu
wielu z nas sprzyja. Ja też wolę go od prezydenta Kaczyńskiego, ale to nie
ma nic do rzeczy. Tu nie chodzi o Tuska, tu chodzi o podstawowe standardy wykonywania
naszego zawodu! I nie w prywatnym medium pana Grzywaczewskiego, ale w telewizji
publicznej, na którą płacimy abonament.