Mongolia minęła, udało mi się powrócić z Ułan Bator – w innej części tej strony powinien już być artykuł opisujący moje tamtejsze zdziwienia (po angielsku), który napisali młodzi dziennikarze z tygodnika „Mongol Messenger” (uświadomili mi, że już zaczynam robić za dziadka, nie tylko być nim – Klaudia skończyła 18 listopada dwa latka), więc nie będę się powtarzał.
Ostatnie dni wypełnia mi wydanie książki o Ukrainie – też do poczytania osobno na tej stronie, ale nie o tym jak do tego doszło. Pomysł jest sprzed ponad roku – wtedy dostałem się na listę obserwatorów OBWE i pomyślałem sobie, że to wspaniała okazja do zapisania wrażeń, nie tylko moich zresztą. Przekonałem do pomysłu kilku dziennikarzy, ale apel o spisywanie obserwacji obserwatorów rozszedł się szerzej i w styczniu 2005 roku dostałem 40 relacji. Potem skończyła się moja praca w SDP, brakowało mi czasu na ich opracowanie (nie można w każdej czytać jak wyglądało otwarcie punktu wyborczego i jaki był tłok przy zdawaniu dokumentów), a przede wszystkim nie mogłem znaleźć chętnego do wyłożenia 20 tysięcy złotych na wydanie tej książki. I tak zeszło do sierpnia, kiedy w przypływie finansowego optymizmu postanowiłem wydać ją sam.
Dzięki pomocy kilkorga wspaniałych ludzi udało się - od 18 listopada książka „Ukraina 2004 – relacje polskich obserwatorów wyborów prezydenckich” jest w kilku warszawskich księgarniach (przez Google wyskakuje księgarnia Prusa), można też zamówić ją na tej stronie, wyskakuje także moja rozmowa o niej w I Programie Polskiego Radia. W piątek osiemastego listopada odebrałem od drukarza na Foksal pierwszych 100 egzemplarzy, potem kolejne 80 i 240, a w poniedziałek powinna być następna setka.
Tak wygląda proza życia wydawcy – bagażnik własnego samochodu, kolędowanie po Kolejowej (księgarski hurtowy Broadway) i zamówienia na 60 sztuk z rabatem 45 proc. i płatnościami najwcześniej po 60 dniach od dostawy. A cały nakład to 750 kg do przerzucenia i do rozwiezienia – na magazyn tego co zostanie na dłużej pewnie zostanie zajęta toaleta dla gości w moim mokotowskim mieszkaniu.
Ale to wcale nie znaczy, że się martwię i narzekam. Przeciwnie - jestem zmęczony, ale zachwycony. Tak łatwo jest przecież mieć wspaniałe pomysły, gadać o nich, narzekać, że się marnują, mieć za złe innym, że nas nie doceniają, nie wspierają, nie pomagają. Poł roku tak robiłem, a dziś mam w nosie wszystkich życzliwych, współczujących i zatroskanych, ale nie mogących. Pokazałem im, że jednak można i teraz nie ugnę się nawet pod ciężarem trzech czwartych tony wydrukowanych książek – sprzedam je, rozdam je, pójdą do ludzi, będą żywym i prawdziwym zapisem tego, co rok temu zrobiliśmy w ramach i dla Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie.
Myśłałem sobie o tym, kiedy oglądałem w piątek w kinie Lab ZUJa (Zamku Ujazdowskiego) film: „Ukraina: wyrwanie się ku demokracji” w reżyserii Ludmyły Nemyrii, pokazywany w ramach imprez „Warszawa2005: pomarańczowa rewolucja rok po”. Było w nim wszystko: otrucie Juszczenki, śledzenie go przez tajne służby, wyborcza propaganda i fałszerstwa przy urnach, nawet serwery w pałacu Kuczmy zamiast w Centralnej Komisji Wyborczej, były namioty na Majdanie, wzruszające wypowiedzi zwyczajnych Ukraińców i specoddziały ochraniające centra władzy.
A potem, nagle, w ósmym bodajże dniu protestu – nie wiadomo skąd – wylądował w Kijowie okrągły stół, przy którym spotkali się Juszczenko i Janukowycz w asyście Kuczmny. Ani słowa o Kwaśniewskim, o Adamkusie, o Solanie, których zresztą było widać przy tym stole, ani słowa i ani obrazka Wałęsy, Buzka, Bujaka, pozdrawiających i przemawiających do ludzi na Majdanie. Gdyby nie to, że tam byłem, że widziałem to na własne oczy, to bym tego braku w bardzo profesjonalnie zrobionym filmie, z wersją ukrainską i angielską, może nie zauważył. A tak, to szlag mnie trafił: minął zaledwie rok i już tak bezczelnie fałszują historię? Przecież to porozumienie nie spadło z nieba i ludzie na Majdanie doskonale o tym wiedzieli, słyszałem jak skandowali: Polsza! Polsza! jak nam dziękowali, jak cieszyli się z polskiego poparcia. I co – jak u Putina na placu Czerwonym w 60 lat po zakończeniu wojny – zostaliśmy skreśleni, bo już nie pasujemy do legendy wielkiego narodu ukraińskiego, który samodzielnie wywalczył prezydenturę dla Juszczenki?
Szanowna pani Ludmyło - chętnie bym panią spytał, gdzie się pani nauczyła robić taką propagandę. I dla kogo pani ją robi?
Już tylko z tego jednego powodu warto było wydać tę książkę.