Wpierw usłyszałem tę wiadomość o ósmej, chyba w radiowej jedynce: według AFP w okolicach Bagdadu zginęło dwóch dziennikarzy: polski i marokański. Po dziewiątej zadzwoniła Jola: -Wiesz, że to Milewicz? Nie wiedziałem. Nie usiłowałem wiedzieć, nie chciałem. Chciałem, żeby to się nie potwierdziło - tak przecież się też się zdarza. Niestety, nie tym razem.
O jedenastej musiałem już pojechać do pracy na Foksal, bo Panorama chciała nagrać komentarz, na razie jeszcze bez jego nazwiska. Poszedł o pierwszej.
Oglądaliśmy z Jolą specjalne wydanie Wiadomości w południe i oboje mieliśmy łzy w oczach. Ona znała Waldka znacznie dłużej, ja rozmawiałem z nim tylko kilka razy. Chciałem naciągnąć go na wywiad dla książek, które robiliśmy z pracami laureatów nagród SDP - zgodził się, ale nie miał czasu, kilka razy się dobijałem, wyjeżdżał, w rezultacie nic z tego nie wyszło.
Nie miał łatwego charakteru, ale go miał. To dzięki niemu wytrzymał w telewizji Kwiatkowskiego, przetrzymał go, a nawet miał własny program. Jak na telewizję nie znoszącą indywidualności - to było bardzo dużo. Mówiłem o nim w radiowym Plusie i wieczorem w telewizyjnym Pulsie. Jego kolegów- korespondentów wojennych spytałem co można zrobić, by nie ginęli następni. Według nich najważniejsze wcale nie są kamizelki czy hełmy, bo zazwyczaj zachęcają one do ataku, ale szkolenie dziennikarzy przed wyjazdem: jak zachować się w groźnych sytuacjach, jak i gdzie się kryć, jak rozpoznać zagrożenie, dlaczego nie zakładać szpilek i jak udzielić pierwszej pomocy.
W sobotę o 18:00 msza za Waldka i innych zabitych kolegów u księdza Niewęgłowskiego, na Placu Teatralnym.