Dostałem datowane 20 lutego "Oświadczenie" władz Zakopanego, podpisane przez około 40 urzędników miejskich i ich znajomych, odczytywane podobno w lokalnym radiu i kolportowane na miejście, wzywające do bojkotu „Tygodnika Podhalańskiego”. Po jego uważnej lekturze stwierdzam, że przyjąłem ze zdziwieniem i oburzeniem.
Ze zdziwieniem – ponieważ jego autorzy zdają się nie rozumieć własnych słów. Piszą bowiem; „Uważamy za konieczne dla dobra Rzeczpospolitej ujawnienie prawdy o czasach PRL, w tym o wszystkich tajnych współpracownikach”. Jednocześnie jednak żądają, by do tej prawdy miała prawo dążyć jedynie komisja „Pamięć i troska” przy Kurii Metropolitarnej w Krakowie, a Prezes IPN „nie udostępniał dokumentów pseudobadaczom, którzy wykorzystują je do walki z Kościołem”.
A zatem zdaniem autorów oświadczenia „badacze” mają być wstępnie lustrowani przez Prezesa IPN pod kątem zamiarów ich pracy, a materiały IPN na temat Kościoła może jedynie otrzymywać kościelna Komisja. Rzecz w tym, że takie żądania nie mają żadnego oparcia w prawie: materiały z Instytutu otrzymują nie tylko „badacze”, których wnioski Prezes może oddalić (ale wątpię, by robił to na podstawie przewidywania ich intencji), ale także osoby, które dostały status pokrzywdzonego.
Natomiast dotychczasowe doświadczenie wskazuje niestety, że kościół instytucjonalny nie chce lub nie może uporać się ze swoją trudną przeszłością, a często i teraźniejszością. Wystarczy przypomnieć opóźnianie latami sprawdzenia zarzutów pod adresem arcybiskupa Paetza, wystarczy wskazać biskupią komisję troski o Radio Maryja, która pochyla się nad nim od lat czterech bez rezultatów, a nawet sprawę zarzutów wobec ojca Konrada Hejmo, której finału, mimo upływu prawie roku, nadal nie znamy, bo jego zakon nabrał wody w usta. Tak już jest, że wymagając wiele od wiernych, o trudnych sprawach swoich kapłanów Kościół najchętniej milczy, od wieków szermując argumentem o „zgorszeniu maluczkich”. Nie zgadzam sie z tym, widząc w nim więcej hipokryzji niż rzeczywistej troski o moralność publiczną.
Dlatego – wbrew temu co piszą autorzy oświadczenia – publikacje takie, jak opisana na łamach 'Tygodnika Podhalańskiego” sprawa księdza Mirosława Drozdka, służą nie tylko wolności słowa, nie tylko ujawnianiu prawdy o historii PRL, w tym także historii Kościoła, ale także skłanianiu Kościoła do działania w sprawach, które skrywa. Takie publikacje są przy tym zdecydowanie lepsze od publikowania „list Wildsteina”, gdzie wymieszanie różnych kategorii donosicieli i tych, na których donoszono, krzywdziło tysiące ludzi, nie mających – o ile nie byli osobami publicznymi – żadnych możliwości obrony. Dopiero dostęp do ich teczek na podstawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego ma szanse zmienić ich sytuację.
Nie wiem, czy i w jakim stopniu ksiądz Drozdek był uwikłany w działania tajnych służb PRL. Jest całkiem prawdopodobne, że do końca nie wie tego także on sam, bo nie miał możliwości przekonania się, co na jego temat zapisali w swoich raportach ubecy. Wiem jednak, że gdyby nie publikacja „Tygodnika Podhalańskiego”, to jego nazwisko pojawiałoby się jedynie w prowadzonych ściszonym głosem rozmowach, być może trafiłoby na jakieś zakopiańskie płoty w postaci odbitego na ksero ubeckiego raportu, czy do interenetu, gdzie napisać można wszystko, bo nie odpowiada się za nic. I jakie możliwości obrony swojego dobrego imienia miałby ten zasłużony kapłan?
„Tygodnik Podhalański” wystąpił z otwartą przyłbicą. Napisał to, co wiadomo z ubeckich dokumentów ujawnionych pokrzywdzonym. Można te informacje negować, prostować je i z nimi polemizować, można domagać się rozmowy z dziennikarzami gazety i publikacji tego, co w tej sprawie ma do powiedzenia ksiądz Drozdek. Można wreszcie redaktora Jureckiego podać do sądu za naruszenie dobrego imienia kapłana.
Zamiast tego wszystkiego jest wezwanie do bojkotu tygodnika przez władze Zakopanego, do bojkotu nie tylko przez Czytelników, ale i reklamodawców. To budzi już moje oburzenie, w ten sposób bowiem władze naruszają art. 44 prawa prasowego, karzący grzywną lub ograniczeniem wolności za utudnianie lub tłumienie krytyki prasowej. Władza lokalna ma przecież możliwości nacisku na reklamodawców – i dlatego tym bardziej nie może wzywać jej do bojkotu żadnego tytułu prasowego. Czytelnicy i reklamowadcy niech oceniają sami.
I jeszcze kilka słów o dopuszczalności krytyki Kościoła. Nie zgadzam się, że walka jaką z nim prowadziły władze PRL, uniemożliwiała wszelką krytykę jego poczynań. Dowodził tego „Tygodnik Powszechny” i wielu autorów z nim nie związanych, choć przyznaję, że trzeba było uważać, by słowa tej krytyki nie posłużyły ówczesnej, antykościelnej propagandzie.
Doświadczyłem tego na własnej skórze krytykując w 1984 r. w podziemnym Tygodniku CDN prymasa Józefa Glempa, pytającego na Jasnej Górze: „Czy może być cudzoziemcem ten, kto cudzej ziemi nie widział w swoim życiu?”. Chodziło o ludzi próbujących na podstawie niemieckiego pochodzenia wyjechać na stałe z Polski Jaruzelskiego. Prymas uznał ich za „volkswagendeutschów”; ja napisałem, że każdy ma prawo do wyboru ojczyzny, a cierpienie dla niej wynika z potrzeby serca, a nie z miejsca urodzenia.
Koledzy opublikowali moją polemikę z prymasem, opatrując ją nagłówkiem „Artykuł dyskusyjny” i dopiskiem: ”dobrze, że problem został postawiony w sposób nietypowy, nawet dla prasy niezależnej”, choć w roku porwania i mordu księdza Jerzego Popiełuszki wymagało to nie lada szacunku dla wolności słowa. Nie każda bowiem krytyka wypowiedzi lub postępowania księży była walką z Kościołem i tak jest do dzisiaj.
Obawiam sie jednak, że to wcale nie o Kościół chodzi. Oświadczenie władz Zakopanego dowodzi, że dla nich zagrożeniem są same wolne media; zamiast nich chcą mieć media usłużne. Wypowiedzi wielu polityków warszawskich dowodzą, że nie są w tym dążeniu – niestety – odosobnieni. I to jest prawdziwy problem i zagrożenie dla polskiej demokracji.