Cuba Libre Apel poznańskiego eurodeputowanego Filipa Kaczmarka o turystyczny bojkot Kuby dla mnie przyszedł za późno – bo właśnie wróciłem z wyspy Fidela Castro. Być może bym nie pojechał, bo przez tydzień zwiedzania Hawany, Pinar del Rio, Trynidadu i pobytu w Varadero ciągle miałem wątpliwości, że wspieram reżim, ale większość z uczestników naszej wycieczki chyba ich nie podzielała. Do pamiątkowego, grupowego zdjęcia pod pomnikiem Che Guevary w Santa Clara z 20-osobowej grupy ustawiło się aż 16 osób – i oczywiście przewodnik Lazarus, funkcjonariusz, który nie spuszczał nas z oka (jego z kolei śledził kierowca autokaru). Choć z drugiej strony, mimo gorących zachęt pilota, nie widziałem by ktokolwiek z nas nabył oferowane na każdym kroku rewolucyjne memorabilia: koszulki z Che Guevarą, zielone czapki z czerwoną gwiazdą czy kubańskie flagi.
Rocznie na Kubę wyjeżdża z polskimi biurami podróży około 1500 osób, płacąc przeciętnie 7 tysięcy złotych za pobyt. W liście do organizatorów tych wyjazdów poseł Kaczmarek zaapelował o rozważenie wycofania ich z oferty ponieważ „może to przyspieszyć chwilę, kiedy Kuba będzie wolna”. To prawda, że turystyka zagraniczna zapewnia sztuczne oddychanie konającemu reżimowi Fidela Castro, ale prawdą jest także, iż przy życiu utrzymują go również dostawy tańszej, wenezuelskiej ropy od populisty Hugo Chaveza. Nie mam, niestety, złudzeń, że po apelu pana posła turystyka z Polski na Kubę ustanie, choć apel cenię – nareszcie ktoś, będąc w Brukseli, angażuje się na rzecz szlachetnej idei, a nie tylko dopłat do pól i lasów. Bojkot jest bowiem szlachetny, ale rzadko bywa skuteczny, a poza tym powinien dotyczyć reżimu, a nie jego ofiar. Dlatego uważam, że warto dyskutować jak pomagać Kubańczykom nie pomagając reżimowi – coś, co staramy się robić chociażby wobec Białorusi.
Czy rzeczywiście zatem poza bojkotem nic zrobić się nie da? Na podstawie obserwacji własnej nie zgodzam się z opinią europosła iż: ”każda próba spontanicznego kontaktu z Kubańczykami może zakończyć się przesłuchaniem, aresztem i deportacją”. Mimo wysiłków lokalnego biura podróży, by tak ułożyć program naszego pobytu, aby jak najmniej czasu zostało na samodzielne zwiedzanie Hawany, udało się nam na jeden wieczór wyskoczyć do miasta bez obstawy. Chodziliśmy innymi ulicami niż za dnia z przewodnikiem, zaglądaliśmy do mieszkań i barów nie tylko dla posiadaczy „wymienialnych” pesos, czyli naszych bonów towarowych z czasów komuny. Widok był przerażający. Hawana rozpada się – dosłownie. W nie remontowanych od pół wieku domach walą się dachy, pękają stropy. W wielu XIX-wiecznych kamienicach ludzie mieszkają już tylko na parterze, bo wyżej wszystko się zapadło, a jeśli władza bierze się za remont, to lokatorów „komunałek” (prywatnych mieszkań nie ma, są tylko kwaterunkowe) przesiedla do bloków-slumsów na przedmieściach, więc opierają się jak mogą, bo wiedzą że już tu nie wrócą.
Wieczorne życie Hawany toczy się na bulwarze Malecon – nad skalistym brzegiem morza przesiadują rodziny, spotykają się młodzi, grają przenośne radia. Czekając na resztę wieczornych turystów przy hotelowym autokarze przez chwilę rozmawiałem z przypadkowym Hawańczykiem. - Piękny kraj, wspaniali ludzie, a reszta nie może mi się podobać, bo jestem z Polski – odpowiedziałem na jego standardowe pytanie o pierwsze wrażenia z Kuby. - A ja mam 27 lat, uczę się śpiewu i chcę uciec stad jak najszybciej, bo tu nie ma przyszłości – odpowiedział mi bez wahania.
To prawda, że takich momentów szczerości było niewiele. Jedynym, który wspomniał o tajnej policji, był 84-letni kościelny z Remedios, opowiadający o tym jak znikali księża z jego parafii. Pytany o naukę religii nie rozumiał o co chodzi, ale widok z innego miasta, gdzie w kaplicach barokowej katedry natknęliśmy się na panie, rozmawiające z grupkami maluchów, wyjaśnił sprawę: lekcji w religii szkole ani w salach katechetycznych nie ma, ale zdarzają się odważni wierni, uczący dzieci w kościele. Pamiętna wizyta Jana Pawła II przyniosła dzień wolny od pracy w Boże Narodzenie.
Od słów, wypowiadanych zresztą niemal tylko po hiszpańsku (angielski jest mało znany, a po rosyjsku z Lazarusem nikt nie chciał rozmawiać) wymowniejsze były zachowania i gesty. Przede wszystkim - wyciągane ukradkiem dłonie. Gdy położyłem na jednej nich wymienialnego peso (wartego około dolara) starszy człowiek dogonił mnie po stu metrach, by wcisnąć mi także jednego, lokalnego peso, wartego 25 razy mniej. Zrozumiałem: rozpaczliwie bronił swojej godności – on nie żebrał, on wymieniał.
W Vinales, w fabryce cygar (fotografować nie wolno) to się już nie udało. Biuro turystyczne poinformowało nas przed wyjazdem, by zabrać mydełka, szampony, długopisy i podobne drobiazgi, bo ludzie tego nie mają. Gdy przechodziliśmy wzdłuż barierki, za którą siedziały w rzędach panie, zwijające na deseczce (nie na udzie!) po 100 sztuk cygar dziennie za miesięczną pensję wartą 10 wymienialnych peso, ktoś podał mydełko siedzącej najbliżej z nich. Sala momentalnie ożyła, o prezenty prosili wszyscy, więc rzucaliśmy je siedzącym dalej, spuszczając oczy ze wstydu. Później jeszcze w wielu miejscach rozdawaliśmy na ulicach drobne upominki; niektórym udało się wejść do szkoły i obdarować dzieciaki kredkami i długopisami. Tyle mogliśmy zrobić i nikt z nas nie został zatrzymany, przesłuchiwany ani deportowany. Dlatego mam wątpliwości co do skuteczności – bo nie moralności – bojkotu wyjazdów na Kubę.
To prawda, że moje pieniądze poszły na podtrzymanie reżimu, na błyszczące chromem Hondy policjantów, na liczne domy, w których nocuje Fidel (nigdy nie wiadomo kiedy w którym), na szalone pomysły sypania wielokilometrowych grobli na wysepki na Oceanie Atlantyckim, na których izoluje się turystów ale i poszerza w ten sposób wody terytorialne Kuby. Ale też pomogłem przeżyć iluś obdarowanym osobom a może i komuś dodałem otuchy. To samo – a może o wiele więcej – starali się robić inni. Dlatego uważam, że szanując wybór tych, którzy nie chcą jechać na Kubę Fidela, trzeba także myśleć o tych, którzy tam pojadą.
Na początek proponuję opracowanie ulotki zawierającej te informacje, których tam nie poda żaden przewodnik, ani nawet polski pilot: o więźniach politycznych walczących o wolność słowa, o drakońskich wyrokach za pokojowe przeciwstawianie sie reżimowi, o Kubie po Castro (w mauzoleum Che Guevary w Santa Clara przewodniczka zapytana czy tu także spocznie Fidel, zaręczyła że El Commndante żył będzie jeszcze bardzo długo), o tym co jeszcze - poza wręczaniem drobnych prezentów - można zrobić dla Kubańczyków podczas pobytu na wyspie. Jestem pewien, że znajdą się wolontariusze chętni do wręczania takiej ulotki odlatującym na Kubę na warszawskim Okęciu. Zgłaszam się jako pierwszy.
Tyle – a może i coś więcej - możemy i powinniśmy zrobić, by Cuba Libre przestała być tylko doskonałym drinkiem, a stała się rzeczywistością „wyspy jak wulkan gorącej”.