Wczoraj w TVN 24 gościem Piotra Marciniaka byl polityk PiS-u Karol Karski. Nieważne o czym rozmawiali, ważne czego dziennikarz nie wspominial - kłamstw Karskiego na mój temat, jakie w tym samym programie wypowiedzial cztery miesiące temu i które nigdy nie zostały sprostowane, co obiecal mi Piotr Maciniak (opisywałem to w blogu z 9 lutego).
Tak naprawdę nie spodziewałem się by dziennikarz wypomniał posłowi Karskiemu to kłamstwo, bo ja sam już zaapomniałem o co do niego miałem pretensję (błgosławiony niech bedzie blog), wiec jakim cudem miałby o tym pamiętać Marciniak, a tym bardziej widzowie? Tak więc na własnej skórze przekonałem się, jak puste są nasze dziennikarskie obietnice, że zamiast sprostowania "powrócimy do sprawy" czy "wyjaśnimy to przy okazji" i tak dalej. Nic takiego się nie dzieje, bo okazja jeśli w ogóle nadejdzie, to zbyt poźno i wtedy lepiej milczeć niż przypominać o co chodziło, bo to tylko utrwali kłamstwa. Co więc robić? Na ogół nic, a w drastycznych wypadkach - żądać sprostowania, a jak nie dają - iść do sądu, ale jedynie dla satysfakcji moralnej, bo szkody nie da się juz naprawić.
Być może nie warto by tego pisać, gdyby nie przełożenie na to, co dzieje się w mediach właśnie teraz. Zakaz wypowiedzi dla księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego z Krakowa, który chciał ujawnić nazwiska 28 księży z tamtejszej kurii będacych agentami bezpieki za PRL-u, wywołał byc może większe trzęsienie ziemi niż ogłoszenie tych nazwisk, które na razie nie nastąpiło. Swoim zakazem kardynal Dziwisz wsparł bowiem Adama Michnika i SLD, od dawna twierdzących, że lustracja jest złem a ubeckie papiery przetrzebione i niewiarygodne, lepiej zatem nie publikować na ich podstawie niczego, niż fałszywymi podejrzeniami skrzywdziż kogokolwiek
Kardynała Dziwisza wsparł prezydent Kaczyński, a brat Jarosław wyznał, że w jego nie opublikowanej mimo wyborczych obietnic teczce są "ślady działania pułkownika Lesiaka," który śledził go w latach '90, w związku z czym minister sprawiedliwości zapowiedział śledztwo. W ciągu jednego dnia okazało się zatem, że lustracja jest dobra - ale z wyjatkiem ludzi Kościoła, a teczki mogą jednak być sfałszowane! A przecież to właśnie haslo powszechnej dostępności teczek (i widmo pustej lodówki ) doprowadziło do władzy braci Kaczynskich. 31 maja okazało się, że obietnice wyborcze PiS są juz nieaktualne: wrócił orwellowski podział na równych, których nazwiska - nawet 170 tysięcy - można swobodnie ogłaszać w internecie z oczywistym domniemaniem, że byli agentami i równiejszych, od których dziednnikarzom wara, póki ich organizacja zawodowa sprawy nie zbada inie ogłosi kto był kim, a sąd nie skarze tych, którzy teczki fałszowali.
W ten sposób lustracyjny pociąg odjechał ,i to w przeciwną strone niż było w rozkładzie jazdy, a w polu zostali siusiający politycy PO i dziennikarze. Nie dziwię się, że jedenaścioro komentatorów od lat walczących o odtajnienie archiwów IPN podpisało dramatyczny apel do księży biskupów o włączenie w badania lustracyjne w Kościele "kapłaniów, którzy swoją dotychczasową aktywnością wykazali determinację w poszukiwaniu i ukazywaniu prawdy" - czytaj księdza Tadeusza Isakowicza -Zaleskiego. Jak jednak ci sami zwolennicy lustracji poradzą sobie teraz z argumentami Michnika i lewicy, że taka sama staraność przy ogłaszaniu kto był agentem powinna obowiązywać także wobec innych "środowisk zaufania publicznego" - takich jak na przykład dziennikarzy? A czy gorzej od nich powinni być potraktowani adwokaci? A profesorowie wyższych uczelni, wychowujący młodzieź? A nauczyciele? I czy takie różnicownaie obywateli pod względem procedury lustracyjnej zgodne będzie z konstytucją?
Musze przyznać, że takiego obrotu wydarzeń nigdy bym nie przewidział. Sojusz Kościoła, Prezydenta, SLD i "Gazety Wyborczej" przeciwko PO i - chyba - PiS-owi - to naprawdę polityczna gratka. Urban powinien wysłac butlę szampana pod adres najbardziej znanego okna w Polsce.