Wczoraj spotkanie z członkami PO koła z Białołęki. Dwadzieścia lat mieszkałem na Bródnie, ale tam nigdy nie byłem - a przecież powstała tu, jeszcze dalej od centrum Warszawy niż moja była dzielnica, kolejna, całkiem nowa, na szczęście tylko z resztkami bloków z wielkiej płyty, a w przeważającej mierze - już z typowymi domami lat 90: kolorowo otynkowanymi, o zróżnicowanej wysokości, sporo zabudowanych balkonów, dużo ogrodzonych i strzeżonych małych osiedli z garażami. Tylko metra brak - jest za to wspaniałe świeże powietrze i mieszkania o wiele tańsze niż po lewej stronie Wisły.
Przedstawiłem siebie i swoje zamiary - co chcę zrobić, jeśli dostanę się do EP, wobec około 30 osób. Ciekawe, że kontrowersję wywołał mój zamiar obrony pracowników bezwzględnie i bezprawnie eksploatowanych przez wielkie sieci handlowe (po spotkaniu znalazłem na tym osiedlu sklep Leader Price). Poszło o święta urzędowe, które jeśli przypadają w sobotę lub niedzielę, od tego roku są zwracane pracownikom w formie dnia wolnego w innym terminie, ale przez lata wolnej już Polski nie były, a i obecnie stało się to pod presją wyroku sądowego, a nie z inicjatywy rządu, który w tym konflikcie uparcie nie chciał stanąć po stronie obywatela. - Takie postępowanie tylko napędza wyborców Lepperowi - mówiłem - ponieważ przy takich okazjach nie czuliśmy w przeszłości, że państwo jest nasze.
Moim oponentem okazał się pan w średnim wieku, przedsiębiorca, rozżalony na to, że kolejne rządy jedynie utrudniają mu życie, chroniąc coraz bardziej pracowników, na co jego reakcja jest tylko jedna: ogranicza produkcję i zwalnia połowę załogi, w tym pracownika, który zażądał urlopu, przez co nie dość, że nie był w pracy, to jeszcze trzeba było zapłacić komuś, kto go zastąpił. - A w sprawie tych dni wolnych, to niech pan pamięta, że każdy dzień wolny to 0,3 proc. dochodu narodowego mniej - wypalił zaczepnie mój polemista.
Miałem ochotę odpowiedzieć, że w takim razie najlepiej byłoby pracować na okrągło przez cały rok, a dochód narodowy byłby zdecydowanie wyższy, ale na szczęście się powstrzymałem. - Urlop po prostu się pracownikowi należy, z mocy prawa - powiedziałem za to, nie rozwijając tego wątku. Tym razem szkoda, bo z przekonaniem, że w czasie urlopu za pracownika powinni pracować jego koledzy czy koleżanki, także się nie zgadzam. Płatny urlop jest częścią umowy o pracę i to do pracodawcy należy, co zrobi podczas nieobecności pracownika: może wynająć kogoś do pracy czasowej albo zgodzić się z tym, że praca urlopowanej osoby będzie wykonywana w części dzięki pomocy innych pracowników, którzy nie dostają za to dodatkowego wynagrodzenia, lub nie wykonywana wcale.
Przekonanie tego pana, że jemu - jako przedsiębiorcy - urlop pracownika się "nie opłaca", więc on zwalnia tych, którzy się go domagają, uważam za nieporozumienie. Przedsiębiorcy nie opłaca się także 8 godzinny dzień i 40- godzinny tydzień pracy, nie opłacają się choroby pracownika, jego składki emerytalne i chorobowe, zakaz pracy przez dzieci i ustanowienie płacy minimalnej. A mimo to musi stosować się do tych zasad, ustalonych dla ochrony pracowników przed wyzyskiem przez ten najefektywniejszy z ustrojów. Są kraje, gdzie takich uprawnień pracownik nie ma, ale z pewnością nie są to kraje Unii Europejskiej.
Natomiast zgadzam się z moim polemistą, że podatki i obciążenia socjalne firm są w Polsce za wysokie, choć nie dam głowy, czy nie jest on jednocześnie zdania, że poziom naszej służby zdrowia jest skandaliczny i że potrzebuje ona znacznie więcej pieniędzy. - Jeśli wybory do Sejmu wygra Platforma, to podatki na pewno zostaną obniżone - zadeklarowałem wychodząc. Mam jednak wątpliwości czy przekonałem go do głosowania na siebie.