Zadzwonił do mnie dziennikarz „Życia Warszawy” z pytaniem: - Czy był pan agentem? Chodziło mu o Stana Tymińskiego, który po tym, jak z szafy Lesiaka wysypał się zapis o poleceniu Jarosława Kaczyńskiego sprawdzenia go przez służby, odpowiedział kontr-oskarżeniem, że to służby kazały go medialnie wykończyć. A że w czasie, gdy „człowiek z teczką” mógł zostać polskim prezydentem, byłem korespondentem TVP w Waszyngtonie – spodziewałem się tego pytania.
- Nie, nie byłem – odpowiedziałem spokojnie. - To dlaczego zrobił pan ten materiał o Tymińskim? Przecież to było ingerowanie w życie polityczne kraju, musiał to ktoś panu zlecić...
Tego już nie przewidziałem, więc spróbowałem ustalić, z kim mówię: - A czy pan pamięta ten szok, kiedy Stan Tymiński wygrał wybory z Mazowieckim? Pamiętał. Tłumaczyłem więc: - Tak, zlecenie dostałem, od Jacka Snopkiewicza, szefa TAI. Powiedział: - Andrzej, masz wolną rękę, jedź gdzie chcesz, rób co chcesz, tylko daj coś o Tymińskim.
Do Peru nie pojechałem dlatego, że nie znam hiszpańskiego, za to w Kanadzie miałem znajomych jeszcze z czasów Solidarności. Więc poleciałem do Toronto i zebrałem o Stanie Tymińskim tyle, ile zdołałem znaleźć i potwierdzić, publikując daleko nie wszystko, bo część informacji – w tym o prawdopodobnej współpracy ze służbami właśnie - była nie do udowodnienia. W moim przekonaniu zrobiłem to, co w takiej sytuacji zrobiłby każdy normalny dziennikarz.
Nie wiem, czy przekonałem mojego rozmówcę, nie wiem co napisał w „Życiu W.”, ostatnio bardzo zdyszanym, ale w ten sposób na własnej skórze przekonałem się, jakie są skutki szerokiego rzucania oskarżeń o agenturalność dziennikarzy: teraz cokolwiek robimy, albo robiliśmy w przeszłości, musi lub musiało mieć drugie, agenturalne dno.
Sekielski i Morozowski dali kamerę Renacie Beger nie z chęci ujawnienia metod werbowania posłów przez PiS, ale na polecenie agenta Subotica, działającego na zlecenie układu III RP. Sakowicz jest pionkiem w rękach kreatorów IV RP; szefami mediów publicznych zawiaduje minister Wasserman, a ci z prywatnych są pod komendą Michnika, z którym sekretnie się spotykają, co wyjdzie, gdy ochrona Gudzowatego ujawni kolejne taśmy. I tak dalej...
W tym szaleństwie normalni pozostają widzowie i czytelnicy: nadal wierzą mediom, ale jak długo jeszcze? Jeśłi agenci rzeczywiście są wśród nas, trzeba ich ujawnić, ale nie na zasadzie prezydenckiej łaski, lecz procesu sądowego. Inaczej skończymy jak politycy, a ludziom pozostanie internet, w którym każdy– nie tylko dziennikarz - może wypisywać co zechce, bez odpowiedzialności za słowo.