Za sprawą stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich wróciła sprawa taśm z kuszenia Renaty Beger, do tego z przedwyborczą czkawką. Tekst oświadczenia Rzecznika jest długi i prawniczo zawiły, ale jego kluczowe zdanie o „procederze określanym mianem dziennikarskiej prowokacji, polegającej na podstępnym nakłanianiu do działania mającego szkodliwe skutki dla jakiejś osoby, grupy lub organizacji społecznej” jako niezgodnym z „wymogiem dziennikarskiej odpowiedzialności za rzetelność i prawdziwość zdobywanej informacji” musi budzić sprzeciw.
Określając prowokację dziennikarską jako „podstępne nakłanianie do działania” Rzecznik stworzył sztuczny byt, który łatwo mu atakować, o czym świadczy już samo użycie niosącego negatywne skojarzenia słowa „proceder”. Zgoda, że przez podstępne działania dziennikarz nie powinien kreować rzeczywistości, bo jego zadaniem jest jej opis, a nie tworzenie, ale prowokacje dziennikarskie wcale do tego się nie ograniczają.
Czy to dziennikarze Sekielski i Morozowski podstępnie zwabili ministrów Lipińskiego i Mojzesowicza do hotelowego pokoju Renaty Beger i skłaniali ich do oferowania jej stanowisk, czy też politycy przyszli tam z własnej woli?
Czy to Adam Michnik podstępnie nakłaniał Lwa Rywina do złożenia mu oferty dania łapówki za korzystne zmiany w ustawie, umożliwiające kupno „Polsatu” czy też zrobiła to „grupa trzymająca władzę”?
Czy wreszcie - by sięgnąć do niedawnego, tak szeroko przedstawianego przykładu zagranicznej prowokacji dziennikarskiej – to duńska dziennikarka nakłaniała hiszpańskiego lekarza do zabicia jej dziecka w 8 miesiącu ciąży, czy też zarejestrowała jedynie standardową ofertę, jaką miała dla każdej ciężarnej kobiety ta aborcyjna klinika w Barcelonie?
Amerykańscy dziennikarze dobrze pamiętają wyrok w sprawie Food Lion – supermarketu, do którego dotarli z ukrytą kamerą reporterzy sieci telewizyjnej ABC i pokazali fatalne warunki sanitarne, zagrażające tam konsumentom, przypominające praktyki „odświeżania wędlin” w jednej z polskich fabryk, ujawnione przez ekipę TVN. Amerykański sąd jednak nawet nie obejrzał tego nagrania, ponieważ wydał wyrok na podstawie fałszywych danych dziennikarzy w podaniach o pracę. Granicą legalności dziennikarskiej prowokacji było więc dla niego kłamstwo użyte po to, by dotrzeć do prawdy. Sąd wskazał, że cel nie uświęca środków, tak w pracy dziennikarza jak i policji, która na sali sądowej nie może użyć dowodów zebranych z naruszeniem prawa.
Ale nawet tak surowa zasada, eliminująca w istocie wiele działań stosowanych przez polskich dziennikarzy w ich prowokacjach, nie eliminuje istoty samej prowokacji dziennikarskiej, czyli ujawniania w interesie społecznym ukrytych faktów i praktyk, nawet jeśli są one szkodliwe dla jakiejś osoby, grupy lub organizacji społecznej – jak pisze to Rzecznik. Potwierdził to niedawno Europejski Trybunał Praw człowieka w Strasburgu, a rok temu warszawski sąd, umarzając proces reportera, który posłużył się fałszywym dowodem osobistym by wykazać jak łatwo jest z nim wynająć mieszkania, wypożyczyć samochód i założyć konto w banku. „Dzięki działaniom noszącym znamiona prowokacji dziennikarskiej doszło do wykrycia szeregu patologicznych społecznie zjawisk, w tym wielu groźnych przestępstw” napisał sąd w uzasadnieniu swojej decyzji.
Można by więc powiedzieć ”Cóż tam rzecznik, są jeszcze sądy w Polsce”, gdyby nie to, że polskie prawo nie jest precedensowe, że prowokacji dziennikarskiej w tym prawie nie ma, a sądy i prokuratorzy nie działają w społecznej próżni, co przypominał były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, prof. Marek Safjan, w swoim zdaniu odrębnym, sprzeciwiającym się wyrokowi tegoż Trybunału, potwierdzającemu zgodność z konstytucją przepisu umożliwiającego karanie dziennikarzy więzieniem za słowo. A do tego Rzecznik Interesu Publicznego zajął swoje zadziwiające stanowisko na prośbę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.