Tygodniowe sądy dla dziennikarzy, o które wnosi Roman Giertych, to absurd, bo byłyby to przede wszystkim sądy dla polityków, a nie zwykłych ludzi, a oni i tak mają ułatwiony dostęp do opinii publicznej, by opierać oskarżenia i ataki. Natomiast z martwym prawem do sprostowania trzeba coś zrobić, bo rzeczywiście obecne zapisy prawa prasowego, do realizacji w ciągu trzech lat minimum, są kpiną.
Dlatego warto przypomnieć propozycję, jaką na długo przed obecnymi uniesieniami w tej sprawie złożyli dwaj gdańscy adwokaci, Roman Nowosielski i Bogusław Kosmus (Rzeczpospolita, 3 stycznia 2005): by w razie odmowy druku sprostowania w przewidzianym prawem terminie (dla gazet – tydzień) egzekwować to prawo w trybie wyborczym, czyli w 24 godziny.
Skoro jest to możliwe w czasie wyborów, to powinno być także do zrealizowania poza nimi, pod warunkiem że sąd nie rozpatrywałby prawdziwości zarzutów postawionych przez media, a kwestionowanych w sprostowaniach, ale jedynie badał słuszność odmowy ich druku, czyli stwierdzał zgodność – lub nie – sprostowań z wymogami prawa prasowego.
A te są jasne: zgodnie z art. 31 „redaktor naczelny jest obowiązany opublikować bezpłatnie rzeczowe i odnoszące się do faktów sprostowanie wiadomości nieprawdziwej i nieścisłej” oraz „rzeczową odpowiedź na stwierdzenia zagrażające dobrom osobistym”.
Tekstu sprostowania nie wolno komentować w tym samym numerze (ale już odpowiedź można, a Sąd Najwyższy wskazał, że w praktyce trudno rozdzielić te dwie formy), sprostowanie nie może być dwa razy dłuższe od tekstu oryginalnego lub jego fragmentu, którego dotyczy, ale nie mniejsze niż pół strony maszynopisu.
Zgodność z tymi zapisami można rzeczywiście stwierdzić na jednym posiedzeniu sądu - i taka zmiana prawa jest potrzebna, by nie prostować spraw, o których po kilku latach, kiedy sąd jest w stanie wydać prawomocny wyrok, nikt już nie pamięta.
Tyle co do potrzebnej nowelizacji prawa prasowego i niepotrzebnych „sądów prasowych”. Co do rozwiązywania jakiejkolwiek gazety przez polityków, konkretnie drugiego wicepremiera, to jest to także oczywista bzdura, ale furtka do rocznego zawieszenia tytułu jednak jest: art. 22 prawa prasowego daje taką możliwość sądowi wojewódzkiemu, gdzie się go rejestruje „jeśli w ciągu roku co najmniej trzykrotnie w dzienniku lub czasopiśmie zostało popełnione przestępstwo”. Co prawda nie słyszałem o takim przypadku w III RP, ale w czwartej może być już inaczej. Z pewnością jest to argument, by wreszcie pochować to prawo rodem ze szczytu stanu wojennego (1984).
I wreszcie odpowiedź na imienną zachętę do dyskusji o wprowadzeniu „karty dziennikarza” wyrażoną w blogu Zbigniewa Bajki: na wirtualnych mediach otóż jestem przeciw wszelkim odgórnym inicjatywom w tej sprawie, przeciw dawaniu politykom oręża, którego natychmiast użyliby przeciw mediom.
Rozwiązanie dylematu połączenia wolności prasy z odpowiedzialnością za słowo widzę gdzie indziej: każdy, kto chce korzystać z prawa do zachowania tajemnicy dziennikarskiej musi albo pracować w mediach (czyli ponad połowa jego rocznych dochodów musi pochodzić z tego źródła) albo być członkiem organizacji dziennikarskich, których listę trzeba uzgodnić wraz z warunkami tworzenia nowych. Z kolei wydawcy powinni zrzeszać się, co ułatwia skłanianie ich do podnoszenia kwalifikacji zatrudnianych przez nich dziennikarzy.
Wiem, że to znacznie trudniejsze od wprowadzenia karty „dziennikarza rejestrowanego” i że sprawdza się ona we Włoszech, Francji i kilku jeszcze krajach, ale wiem też że w Ameryce na przykład jej nie ma – choć nie ma też prawa do tajemnicy dziennikarskiej (doświadczyłem tego na własnej skórze).
Zgoda, że jest o czym rozmawiać – ale też takie dyskusje trwają od lat i nic z nich nie wynika, a przyjmowanie jakichkolwiek rozwiązań pod presją polityków bajdurzących o zamachu stanu za pomocą gazety – to najgorsze z możliwych rozwiązań.