Dziś jestem w lepszym nastroju, bo na lotnisku odbierałem grupę sześciu Polaków, z których czwórka okazała się Litwinami, a pozostała dwójka, której Quatar Airways zgubiły bagaże, to dziennikarze z Warszawy. Chłopak był moim studentem na UW, a od czerwca zacznie pracę w "Rzeczpospolitej".
W sobotę jadę z Litwinami na dwa dni do Kandy i Sigiryi, na wycieczkę, więc znowu coś się dzieje, ale najlepsze, że bedę tłumaczył już nie z lankańskiej wersji angielskiego na polski, ale z tego "sringlish" na rosyjski. Na razie, po drodze, jakoś sobie radziłem, podpierając się polskim, gdy już całkiem mi brakowało rosyjskiego konceptu. Jakoś to będzie, najważniejsze że interes się kręci.
Od znajomych z Mount Lavinia wracałem autobusem i tym razem nie ryczał tak potwornie, jak zazwyczaj. Tu na drogach nie dość, że jeżdżą po przeciwnej, bo lewej stronie, to jeszcze w taki sposób, jakby klakson był najważniejszym narzędziem kierowcy. Wysokie, przenikliwe tony autobusowych klaksonów słychać właściwie bez przerwy, ich kierowcy ryczą nimi na siebie nawzajem, na tuk-tuki, na motocyklistów i na pieszych. Do tego ich dieslowe silniki potwornie wyją na wysokich obrotach, a jakby tego było mało, kolejne dudniący łomot zapewniają potężne głośniki, ułożone na półkach bagażowych z przodu i z tyłu pojazdu po to, by umilić podróż.
Gdy po takiej jeździe wysiadam z autobusu, mam ochotę natychmiast kogoś pogryźć, albo coś podpalić. Oni jednak uśmiechają się do białego tak słodko i bez powodu, że zaraz mi przechodzi, ale tylko do chwili, gdy kierowcy trzykołowych taksówek, tuk-tuków, nie zaczną zachęcać mnie klaksonami do skorzystania z ich usług, Znów się wściekam, idę zdecydowanym krokiem i nie reaguję na te sygnały, pytania i uśmiechy, bo odpowiadanie za każdym razem "No, thanks" uważane jest za początek konwersacji.
Bywa, że jazda autobusem staje sie przeżyciem odchudzajaco-erotycznym. Zdarzyła mi się taka przez kilka kilometrów, między Kalutarą a Beruwelą, ale w takim tłoku, że na przestrzeni od przednich drzwi, których zresztą nie było, po pierwszą ławkę upchniętych tkwiło czternaście osób, w tym ja, i jeszcze konduktor, który jakims cudem zbierał opłaty za przejazd. Sięgałem głową sufitu (Lankańczycy są niscy; ze swoimi 1,76 cm góruję nad większoscią populacji), zaklinowany tuż za wejściem; przewalały się przez mnie mnie młode pasażerki w sari (jak ono się nie rozwiązuje w takim ścisku?) i panowie w koszulach świeżo wyprasowanych, ale także sprzedawcy mąki i innych artykułów, które składowali obok kierowcy, na wielkiej skrzyni kryjącej silnik.
Ten ich uśmiech jest jednak najbardziej ujmujący i jakże inny od polskiej, a może i szerzej - wschodnioeuropejskiej - pretensji do świata i agresywności, które rzadko schodzi z twarzy w tej części świata. Gdy zajechaliśmy do hotelu w Beruwala, pięknej, nadmorskiej miejscowości na południe od Kolombo, w recepcji siedziała blondyna i patrzyła takim wilkiem wokół, że wiedziałem od razu - to musi być ktos a naszej okolicy. I miałem rację - to była towarzyszka postradziecka.
Co jest w nas takiego, że patrzymy na siebie jakbyśmy wszyscy byli Kaczorami? Z tą swoją podejrzliwością i obsesją na punkcie odkrywania tego, co w człowieku najgorsze, oni nie wzięli się z niczego. Ze swoją podejrzliwością i obsesją odkrywania tego, co w człowieku najgorsze, polscy bracia Rajapaksa idealnie wpasowali się w te miliony bezinteresownie wściekłych spojrzeń. Jak nie wiecie, kto głosował na PiS, to rozejrzyjcie się wokół. Ile razy wracam z dłuzszego pobytu zagranicą, mam ochotę pytać ludzi na ulicy: Kto wam zrobił tę krzywdę? bo patrzą tak, jakby chcieli sto wsi spalić. Dlatego mimo wszystko wolę uśmiech Sri Lanki.