Wieczorem spotkanie z kołami PO Wilanów i Mokotów w szkole sportowej przy Gubinowskiej. Wchodzę do sali w podziemiu i oniemieję: chłopaki przygotowali wielki banner z moim nazwiskiem, rozpięty na rusztowaniu. Wygląda świetnie, gorzej z frekwencją, ale ludzi stopniowo przybywa.
Zastanawiam się, kim są ludzie na sali. Wygląda, że to przedsiębiorcy, wolne zawody pracownicy administracji państwowej i samorządowej. Najlepiej reaguje napakowany i uśmiechnięty pan, który okazuje się być jednym z zarządców targowiska koło stadionu Dziesięciolecia (kiedy Ojciec święty odprawiał na nim mszę, na kościelnych zaproszeniach określany był jako Stadion Praski. Ot, taki drobny rewanż za te wszystkie ulice NMP, Józefa, Ducha i tak dalej). Obiecuje pomóc w rozprowadzeniu ulotek w tamtych okolicach, co jest bezcenne, bo pamiętam swoje przeżycia ze stycznia tego roku, kiedy zaprowadziłem tam grupę unijnych dziennikarzy, a oni wyciągnęli aparaty fotograficzne... Sam nie wiem, jak udało się nam ujść cało i bez zabrania kliszy, a raczej skasowania karty, przez ochronę.
Z pytań - i to od organizatorów - najciekawsze było o stosunek do odzyskiwania mienia, zagarniętego w okresie PRL-u - na przykład mieszkań w Warszawie. Wychowałem się na ulicy Grottgera, w kamienicy gdzie połowę lokali zajmowali od 1945 roku tak zwani "dzicy lokatorzy", ale z nakazami kwaterunkowymi, podczas gdy część właścicieli przez dziesiątki lat nie mogła wrócić do swoich mieszkań, i gdzie nastąpił przypadek jak z telenoweli: jedna z tych właśnie "dzikich" rodzin z własnej inicjatywy przeprowadziła się obok, do zwolnionego przez innych dzikich mieszkania, po to by do tego, które zajmowali mogła powrócić właścicielka. Oczywiście, życie to nie bajka, ale ten przykład pokazuje, że i sprawiedliwość niekiedy może mieć ludzką twarz. Gdybyż tak można było zawsze...