Znowu miesiąc przerwy, ale od teraz powinno byc już lepiej, bo będę miał stały internet w domu w Mount Lavinia, choc kosztem śniadań, sprzątania, basenu, gorącej wody w łazience i tylu innych wygód, których prawie się nie zauważa w pięciogwiazdkowym hotelu, ale gdy ich zabraknie – to będzie bardzo bolec.
Pojutrze wyprowadzam się z pokoju 162 hotelu Taj Samudra w Kolombo do nieumeblowanego domu w Mount Lavinia, pierwszego osiedla na południe od stolicy, i zaczynam lankańskie życie naprawdę. Własne zaopatrzenie, własne moskity, własny ogród z wężami, jaszczurkami i palmą kokosową, a do tego linia kolejowa tuż za murem – że też prawie wszędzie, gdzie mieszkam dopadają mnie jakieś koleje! Boję się tego okropnie, tym bardziej, że od tygodnia do Polski uciec chce się o wiele bardziej. A najbardziej wścieka mnie to, że gdybym nie spytał w piątek, co dalej z mieszkaniem w hotelu, to powiedzieliby mi o tym pewnie dopiero jutro, czyli na dzień przed wyprowadzką. Czuję, że to rewanż za wyjazd do Kopenhagi, na konferencję o mediach publicznych, choc Pawel mnie zastępował, ale tu rozumie się tylko sprawy rodzinne, innych - nie.
W polityce ciekawie, bo także tydzień temu, w polski powyborczy poniedziałek dwudziestka Tamilskich Tygrysów zaatakowała bazę lotniczą w Anuradhapurze, o kilka kilometrów od żelaznego punktu wszystkich wycieczek. Rozcięli ogrodzenie, napięcie na czujkach elektrycznych było tajemniczo wyłączone, rozbroili miny, zastawione na taką wycieczkę (skad wiedzieli gdzie ich szukac o trzeciej nad ranem?), przedarli się do hangaru i tam metodycznie zniszczyli 8 albo 18, jak chce opozycja, śmigłowców bojowych, w tym jeden do zwiadu elektronicznego, wart 40 mln dolarów.
Potem bronili się jeszcze przez osiem godzin przed atakami sił specjalnych, zabili kilkunastu żołnierzy lankańskich, polegli wszyscy, kilku samobójczo. W trakcie akcji nadleciały dwa sportowe samoloty Tygrysów, rzuciły bomby zabijając stado bawołów, ale śmigłowiec wysłany by je strącic z sąsiedniej bazy, nie potrafił ich wytropic i został zestrzelony przez walącą na oślep własną artylerię. Tragedia rodzin rannych i zabitych, dla rządu blamaż straszny, bo tak już świętowali zwycięstwo, pokonanie Tygrysów, tak rozgłaszali, że oni już zuepłnie się nie liczą. No i wiadomośc o terrorystycznym udanym ataku znów obiegła świat. Młoda para z Polski, która wylądowała nazajutrz, pytała tylko o to, bo znajomi w czoło się pukali na wiadomośc gdzie lecą.
Kolejni turyści przylecą w czwartek i piątek, za tydzień znowu kilka osób, i w kolejnym trzynaście na objazdówkę, w którą pojadę z nimi. Mało, a wycieczek rosyjskich nie prowadzę, bo mam być na miejscu, jakby się coś się działo, tak usłyszałem w piątek. Jeszcze jeden powód (poza eksmisją z hotelu), żeby wracac.
Wczoraj byłem w kinie, ciekawie. Na początek hymn, wszyscy wstają, ale wersja skrócona, nie to, co pięc minut na lotnisku. Film po syngalesku, ale napisy angielskie, więc rozumiałem, a gdyby ich nie było, też bym się połapał. Zresztą jak mówili po angielsku, co w wysokich sferach zdarzało się często, napisów po syngalesku już nie było. Akcja: w zamachu na ojca-polityka ginie jego 10-letni syn, matka nie może dac sobie z tym rady, popada w depresję, lekomanię, narkomanię, zostaje złapana z handlarzem narkotyków i dostaje wyrok. Tu przerwa, dziesięc minut na bufet i dalej sceny z życia więziennego w Kandy, w kiciu Bogombara, który oglądamy z turystami z góry, w samym centru miasta. Rodzi córkę handlarza, wychodzi po siedmiu latach i w ostatniej scenie mija ją kolumna ministra, który z nią się rozwiódł, ale dalej jeździ z żołnierzami w dwóch jeepach, za i przed jego limuzyną. I tyle. Strasznie rozwleczone, ale nie żałowałem. Przecież wkrótce nie będzie mi już tak łatwo korzystac z uroków wielkiego miasta, kina, restauracji (mam ulubioną na Slave Island, suty obiad z piwem za 4 dolary), telewizora też nie będzie, ani CNN, ani BBC, ani HBO.