Jestem w Pelwehera Village, hotelu koło Sigiryji, dwustumetrowej skały z freskami z piątego wieku naszej ery i niezapomnianym widokiem ze szczytu, na dżunglę, jeziora, skały i góry w promieniu 20 kilometrów. Jutro świątynie skalne w Dambulli, także wspisane na listę swiatowego dziedzictwa UNESCO, jazda na słoniach, safarii – czyli same atrakcje, jak na turystyczną wyprawe na wyspę Serendipi przystało.
A ja chciałem zanotować coś, co od dawna opowiadam turystom, ale nie miałem jeszcze szansy utrwalić tutaj: o tym jak trudno jest sensownie pomagać ofiarom przemocy – czy to naturalnej, jak tsunami, czy ludzkiej, jak wojna domowa, tocząca się z niewielkimi przerwami od lat trzydziestu. Dziś właśnie rząd potwierdził oskarżenia opozycji, że Tamilska Organizacja Odbudowy (Tamil Rehabilitation Organisation) przepompowała do Tamilskich Tygrysów 500 mln dol. środków przeznaczonych na likwidację skutków tsunami z 26 grudnia 2004 roku i zawiesił jej działania, a administracja amerykańska zamoroziła jej konta w tamtejszych bankach. Trzecia rocznica tsunami coraz bliżej i prasa będzie pełna podsumowań pomocy udzielanej przez świat Sri Lance po tej straszliwiej katastrofie, która pochłonęła 30 tysiecy ofiar, dziesięć razy więcej niż atak na World Trade Center w Nowym Jorku.
A ja zamiast podsumowania przytoczę dwie opowieści. Pierwsza o pomocy rządu norweskiego, który wybudował między innymi 75 domów dla rybaków, którzy stracili wszystko przed trzema laty. Domy są porządne, murowane, mają co najmniej trzy izby, kuchnię, wykafelkowane podłogi, łazienkę z prysznicem i wc, wszystko zgodnie z norweskimi normami.
- I w tym właśnie problem – opowiada przedstawiciel tutejszej organizacji pozarządowej, która współpracowała w budowie osiedla. - Problem, ponieważ rybakom te domy całkowicie nie odpowiadają. Na kuchnię elektryczną ani gazową ich nie stać – butle drogie, 1300 rupi za 12,5 kg, więc wolą palić drewnem, a to kopci, więc kuchnia zasmradza cały dom. Powinna być na zewnątrz, jak wszędzie u nas. Po kafelkach tylko się człwiek ślizga, trzeba je stale myć, a woda też droga. Wystarczyłby szorstki cement, do pomalowania raz na trzy lata, taki jak był zawsze u bogatszych ludzi na wyspie. WC w domu – kto to widział, przecież to śmierdzi, o wiele lepsza jest wygódka na podwórku, tak jak zawsze było. No i ten prysznic– przecież pod taką ciurkającą wodą człowiek porządnie się nie umyje. Trzeba nabrać wody do szaflika i polać się nią od głowy, tak jak robią wszyscy, kiedy kąpią się w rzece, czy przy wiejskiej pompie. Czy ci Norwegowie oczu nie mieli, czy nie wiedzieli, jak my żyjemy? I domki byłyby o wiele tańsze, więc więcej mogliby ich wybudować, a tak to się tylko ludzie męczą. Kuchnie i wygódki dostawiają, prysznice wykręcaja, do kitu z taką pomocą…
Spytałem Lankańczyka z NGO czy powiedzieli o tym Norwegom. Spojrzał na mnie jak na wariata. – A po co im to mówić? My mamy swoje zasady, oni swoje. Jakbym im powiedział, to by inną organizację zaprosili do współpracy, a przecież my też z czegoś musimy żyć. I nie podam ci nazwy tego osiedla, bo żadne artykuły prasowe nie są nam do niczego potrzebne.
Historia druga, tym razem z adresem: Kosogoda za Hikkaduwą, ośrodek ratowania ginących żółwi. Skupują od chłopów jajka składane w piasku nad brzegiem morza przez żółwice, wsadzają je na powrót w piasek w basenach i po kilku dniach wypuszczają do morza małe żółwiki. Przeżyje jeden na 150 i jeśli to będzie samica, to po 25 latach przypłynie i złoży jaja na tej plaży.
Szef ośrodka, trzydziestoparoletni Lankańczyk lekko przy tuszy, o roześmianej twarzy, zaprasza mnie także do centrum komunalnego po drugiej stronie drogi, które prowadzi. Przychodzą tam miejscowe kobiety z dziećmi, robią bambusowe kadzidełka sprzedawane przed świątyniami, a dzieci uczą się angielskiego u szczapowatych Angielek, ochotniczek od żółwi. Piękna sprawa.
Zachęcony zwierzam się z pomysłu, który chodzi za mną od dawna: gdyby tak zorganizować w Polsce zbiórkę walizkowych maszyn do szycia, zalegających szafy i pawlacze (sami mamy taką jedną w domu), przywieźć je tutaj i rozdać ludziom, to mieliby warsztat pracy, bo maszyna do szycia daje tutaj przeżyć rodzinie.
- Świetny pomysł - odpowiada grubasek, patrząc na mnie spod oka. - Tylko… wiesz, ja też go miałem. Pokażę ci rezultaty. Po chwila wraca z kancelarii swojego centrum z ładnie oprawionymi w plastikowe ochraniacze pismami po syngalesku. Rozumiem tylko daty z 2006 roku.
– To są listy potwierdzające przekazanie rodzinom w Kosogodzie 26 maszyn do szycia zebranych w Niemczech i we Fracji – wyjaśnia.
– Fantastycznie – zapalam się – to ja ci z Polski też takie maszyny zorganizuję …
- Spokojnie - studzi mój zapał grubasek – wpierw powiem ci, co z nimi się stało.
– Zepsuły się ? – pytam, czując jakąś wpadkę.
– To nie jest problem, mamy tu świetnych mechaników, Singer to firma znana na Sri Lance. Nie, coś innego: gdy w tydzien później poszliśmy po domach, by sprawdzić jak pracują maszyny, nie było już żadnej.
- Jak to ? – nie rozumiem.
- A tak to, sprzedali je wszystkie, co do jednej.
Pomagać trzeba naprawdę umieć: dawać nie rybę, a wędkę, i to nie taką, żeby ją się dało sprzedać. Dlatego maszyn do szycia na razie nie zbieram, choć ochroniarz żółwi z Kosogody twierdzi, że jakby te maszyny do szycia wstawić do jego centrum, to kobiety przychodziłyby tam szyć i coś by zarobiły, ale pod warunkiem, że w tym czasie ktoś zająłby się ich dziećmi.