Podjąłem decyzję: wracam na święta, to znaczy - wracam ze Sri Lanki. Dlaczego? Można się uśmiać: bo ukradli kibel. Stał sobie w ogrodzie na werandzie, w składziku, gdzie wepchnąłem go z mozołem na pierwszej fali urządzania domu (następnej już, oczywiście, nie było), a ważył swoje, bo nawet go nie podnosiłem, tylko przesuwałem w kartonie. I właśnie wczoraj stwierdziłem, że zniknął. Były i wcześniejsze sygnały tajemniczych odwiedzin: zniknęły także orzechy kokosowe a mojej jedynej ogrodowej palmy, ułożone przy ceglanej ścieżce, poruszona była jedna cegła - jakby ktoś szukał pod nią klucza do domu, ale nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Zniknięcie kibla oznacza jednak, że ktoś, a pewnie i kilka osób, buszuje po ogrodzie, kiedy nikogo nie ma w domu, wynosi i przerzuca przez wysoki, trzymetrowy płot ciężkie rzeczy, takie jak ten kibel właśnie. Od tego tylko krok do okradzenia domu - a jest w nim laptop i pieniądze, pozamykane, ale to przecież nie ma znaczenia, jak ktoś się włamie, to już dorwie to, co jest wyłamując kolejne zamki. A tak naprawdę to nawet włamywać się nie trzeba, bo jedno z okien nie ma kraty, więc wystarczy przejść dachem, by dostać się do domu bez naruszania żadnego zamka. Sprawdziłem też, co jest za płotem, od strony linii kolejowej – otóż są bieda-domki przyklejone do niego, czyli wspięcie się na płot jest bardzo łatwe.
Gdzie indziej przeprowadzić się nie mogę, bo tu wynajmuje się mieszkanie na rok i płaci za ten rok z góry kaucję, a poza tym miesięczne raty - więc na pięć miesięcy, ktore mi zostało do skończenia kontraktu w kwietniu, to nie ma sensu. Jest oczywiste, że pieniędzy z kaucji bym już nie odzyskał, więc mieszkanie za powiedzmy 200 dolarów miesięcznie kosztowałoby realnie 800. Na to po prostu mnie nie stać, bo w pracy zarobki nadal są średnie, za to konflikty nieustające, o każdy drobiazg się muszę wykłócać, to tylko szarpie mi nerwy.
W sumie: moje poczucie osobistego bezpieczeństwa zostało tak naruszone, że nie chcę tego dłużej wytrzymywać. Śpię jak mysz pod miotłą, budzi mnie pies sąsiadów, szczekający nawet jak się przewracam z boku na bok (ma budę tuż za płotem, o trzy metry od okna, pod którym śpię), domowy waran, który nocą tupie po dachu, przejeżdżąjące z ogłuszającym hukiem pociągi, rozmowy sąsiadów, wszystko. Tylko szczur, zjadający kolejne kostki mydła w łazience mi nie przeszkadza, odkąd wystawiam za drzwi kosz ze śmieciami, bo przedtem w nim szeleścił. Wstaję niewyspany i zestresowany.
To już nie ma sensu – licząc do świąt, będę tu prawie 8 miesiecy. Wystarczy. Nie jestem panikarzem, ale ktokolwiek tu przyjdzie, ostrzega mnie przed narkomanami, którzy za forsę na działkę są w stanie zrobić wszystko. Co prawda rzadko zdarzają się rabunki połączone z napadem, ale wolę nie ryzykować. Okolica torów uchodzi przy tym za najbardziej niebezpieczną.
To były refleksje na mój wczorajszy, urodzinowy dzień. Od dzisiaj, starszy o rok, zaczynam przygotowania do nowego rozdziału życia.