No i cała Sri Lanka znowu: wiem, że nic nie wiem. W sprawie hotelu dla mnie odpowiedź firmy, która miała być w środę, przełożona została na poniedziałek, ale wiem już, że tam gdzie byłoby najsensowniej, czyli w Club Palm Garden w Beruweli, nie będę; może gdzie indziej, ale gdzie i za ile - nie wiadomo. Więc ja wiem jedno, że wyjeżdżam, przynajmniej na święta..
Tylko, że nie mam biletu lotniczego do Polski, za który zapłaciłem dwa tygodnie temu w Pacific Travel, u Muhammeda. Miał być w czwartek, potem w piątek, wczoraj już nie dowierzałem, więc zadzwoniłem do biura Austrian Airlines, ale potwierdzili, że rezerwacja jest, tylko system siada i to nier tylko na Sri Lance ale i w centrali, więc nijak nie mogą wystawić tego biletu. Ma być jutro. Zatem zamiast, jak chciałem, okupować agencję Pacific Travel w Liberty Mall, poszedłem na plażę, bo kąpiel w grudniu to jednak frajda. Robię sobie na koniec trochę wczasów...
A w nocy z piątku na sobotę przyszło potwierdzenie mojej decyzji o wyprowadzce z Wedikanda Road: o wpół do czwartej rano ktoś sprawdzał, czy drzwi od ogrodu są zamkniete na klamkę. Śpię jak mysz pod miotłą, więc zbudziłem się natychmiast, krzyknąłem "Who is it? Get away! I call the police", ale tylko dla dodania sobie ducha. Zapaliłem światło, pochodziłem po domu i już nie spałem do rana. Obiecałem sobie, że to ostatnia taka noc. Na pięć pozostałych po południu przeniosłem łoże z moskitierą do sąsiedniego domu Pawła, do wolnej sypialni. Straciłem niezależność (teraz gra jakieś straszne łomoty, ale nic nie mogę powiedzieć), zyskałem spokój w nocy. Nic darmo..
W polityce kotłowanina z przepychaniem budżetu przez parlament, ale ważniejsze rzeczy dzieją się na południu: w Matare podpalono pensjonat Niemcowi, bo za dobrze funkcjonował. Widziałem to w TV, pewnie do Niemiec też te wieści dotarły, tym bardziej, że to już drugi raz już zawiść innych, mniej "obłożonych" hotelarzy prowadzi do takiej formy likwidacji konkurencji. Wyobrażam sobie jakie to musiało zrobić wrażenie na inwestorach, bo na mnie efekt mrożący skutecznie podziałał.
I jeszcze wczorajszy wieczór na plaży w Mount Lavinia: jakby nie ten kraj. W mieście co krok posterunki (choć bez barier zatrzymujących ruch, bo Sąd Najwyższy zakazał), sprawdzanie dokumentów, tysiąc Tamilów czasowo zatrzymanych z powodu zamachów, a tu dwie prywatne imprezy koło siebie, czyjeś urodziny i zaręczyny: fajerwerki, tańce na plaży, pełna tolerancja, alkohol, zapaszki maryśki, odlot na maksa. Niewyspany, wytrzymałem tylko do północy, ale to potańczyłem i co zobaczyłem, to moje.
Niesłychany kraj, wystarczy mieć pieniądze, i to jak na warunki europejskie niewielkie, by żyć niezależnie od tej półwojennej rzeczywistości, która przecież jest tuż obok, a jednak jakby jej nie było....