Wczoraj rozmowa w firmie, bardzo lankańska w stylu, wreszcie w ręce bilet na 13 grudnia do Polski, ale po jakich przejściach, i oglądanie proponowanego mi do kwietnia hotelu, co ostatecznie zdecydowało, że żegnam się z wyspą, przynajmniej na czas jakiś - czyli, że nie wracam tu po świetach.
Wpierw bilet, bo to pouczające. Zrobiłem rezerwację i zapłaciłem za niego 28 listopada, po odkryciu czyjejś wizyty w moim ogrodzie, żeby mieć mniej pieniędzy dla złodzieja. Poszedłem do biura podróży w Liberty Plaza, na które trafiłęm przypadkiem, lecąc do Polski w sierpniu. Wtedy wszystko było OK, bilet dostałem po kilku dniach. Z następnym lotem, we wreśniu, była już awantura: bez mojej wiedzy Murad, dyrektor Pacific Travel, przemiły i bardzo uczynny muzułmanin, przedłużył mi pobyt w Kopenhadze o dwa dni, na mój koszt oczywiście. Zrobiłem awanturę, trwało to godzinę, i udało się odkręcić. Dlaczego to zrobił nie byłem w stanie zrozumieć, a jego wyjaśnienia, może z powodu Sringlish, były tak mętne, że machnąłem ręką.
Teraz było niepokojąco: przelot świetny, z Kolombo do Wiednia i za godzinę do Warszawy, trochę za krótko, bo mogą zgubić bagaż, ale zdecydowałem, że zaryzykuję. Nie wiedziałem ile. Rezerwację potwierdziłem telefonicznie 5 grudnia, tak jak było umówione i następnego dnia miałem odebrać bilet. Zjawiłem się dzień później, w piątek - i biletu nie było. Powód: awaria systemu komputerowego w Austrian Airlines. Poza mną były jeszcze trzy osoby w tej samej sytuacji. Zapałiło mi się czerwone światełko: czy on nie chce aby zbankrutować na nasz koszt? W sobotę miałem okupować Pacific Travel od rana, ale dodzwoniłem się do Austriaków, gdzie pani uspokoiła mnie, że moja rezerwacja jest aktualna, tyle że system rzeczywiście jest zawieszony . Nie spytałem, jaka to rezrwacja i poszedłem na plażę. Kolejny błąd - trzeba być bardziej dociekliwym.
Wczoraj atakowałem od samego rana. Pani z Austrian, rozpoznająca już mój agresywny ton, przyciśnięta do muru wystękała, że Murad nie wpłacił jej żadnych pieniędzy na moj bilet, więc oryginalna rezerwacja została anulowana przez system, i teraz mam nową: z Kolombo tak samo, bezpośredni lot do Wiednia, ale dalej do Warszawy już nie 13 wieczorem, ale 14 rano, po nocy na lotnisku. A biletu nie wystawiła, bo pieniedzy od Maurata nadal nie ma.
Po tych wieściach do Pacific Travel wpadłem jak demon zniszczenia. Murat przepraszał, uspokajał, że chłopiec jest już u Austriaków, ale miasto zablokowane studencką demonstracją. Sprawdziłem telefonicznie - nieprawda, jeszcze nawet tam nie dotarł, o ile w ogóle pojechał. Szalałem, trafiło się kilku klientów, ostrzegłem ich przed oszustem. Murat stukał sie w czoło wskazujac, że jestem wariat. Wyszedłem, porozmawiałem z policjantami, poradzili wizytę na komisariacie, co oznaczało dwie godziny, więc odłożyłem to na później.
Była już trzecia, więc poszedłem do biura. Mohan z wyraźną niechęcią powiedział, że załatwił dwa hotele, i jutro mogę je obejrzeć. On zaplaci połowę ceny za miesiac - 180 dolarów, ja drugą.
Ruszyłem w powrotem do Pacific Travel, bo tuż przed rozmową z Mohanem pani od Austriaków powiedziała mi, że wysłannik Murata jednak był, przyniósł gotówkę i dostał mój bilet. Odczekałem dwie godziny, wszedłem do biura, mój bilet był przygotowany. Murat coś znowu wyjaśniał, mówił że pracuje nad zmianą moje rezerwacji, machnałem ręką i wyszedłem. Zajmę się tym sam w czwartek, na lotnisku w Kolombo albo w Wiedniu.
To doświadczenie sprawiło, że zrozumiałem mechanizm interesu Murata, podobny do wielu takich agencji: zakładamy rezerwację, o którą chodzi klientowi, on wpłaca pieniądze, a my zamiast przekazać je dalej i dać mu bilet, zakładamy kolejne rezerwacje, odsuwając do ostatniej chwili moment wpłaty pieniędzy. Może się, niestety, zdarzyć, że w trakcie tych operacji miejsc na zamówiony lot już nie będzie; wtedy mówimy, że system wyrzucił rezerwację, że linia skasowała połączenie, albo że ma awarie systemu - kłamstw może być mnóstwo, byle forsa pozostawała w kieszeni, bo w ten sposób pracuje w innym biznesie, na przykład prywatnych pożyczek, bardzo dochodowym. I tak ta żonglerka trwa, nieraz przez kilka tygdoni, albo i miesięcy, grożąc zawałem klientom, którzy jednak przychodzą, bo... sam nie wiem dlaczego. Ja to z głupoty czystej, boć przecież miałem ostrzeżenie we wrześniu, a inni?
Po tych przeżyciach, z biletem nareszcie w kieszeni, zadzwoniłem do Mohana, że chcę przynajmniej jeden hotel obejrzeć dzisiaj. Dostałem adres: Melban Avenue w Bambalapitija, przy morzu. Pojechałem tuk-tukiem. W latach trzydziestych ubiegłego wieku musiała to być wspaniała willa, a nawet dwie, połączone kuchnią. Dzisiaj - już tylko straszy: pourywane zasłony, zaduch, szare od brudu pokrowce na meblach, stoliki śniadaniowe pokryte ceratą. Jedynka na parterze, z wejściem z jadalni, była tak odpychająca, że ledwo tam wszedłem. Dwójka na piętrze, ale z dojściem przez kuchnię, nieco lepsza: łóżko, szafa, stolik, bez air condition, tylko wiatraki - nawet nie sprawdziłem jak głośno chodzą - łazienka obok. Po 9 dolarów za dobę, śniadanie osobno, za dwa dolary, czyli miesiecznie około 350. Dwa razy więcej niż mówił Mohan, a i tak okropne. Cztery miesiące w takim miejscu? Nie, mowy nie ma, za żadną cenę. I tak się skończyła moja lankańska przygoda, przynajmniej na razie.
Wieczorem kolacja nad morzem, pewnie ostatnia, dzisiaj parę wizyt pożegnalnych, jutro wysyłka książek (też osobna historia, prawie połowa ceny biletu lotniczego, ale tych 12 kg nijak nie upchnę do bagażu z limitem 20 kg), zwrot do biura drukarki i telefonu, wieczorne małe party - i w czwartek rano na lotnisko. Nie wiem, czy coś jeszcze napiszę.
Żegnam Sri Lankę z sentymentem, bez żalu, ale i z gorzkimi refleksjami, na które nie miejsce tutaj. Mam pomysł na "półprzewodnik" po wyspie, na podstawie tego bloga i zgromadzonych materiałów. Czy uda mi się to zrobić? Nie wiem, spróbuję, może zaraz po świetach.