Strona główna Kontakt English Version
 
Rzetelne media Kim jestem Co myślę Tłumaczenia, guide Linki Ajaks Bed & Breakfast
 
   
.: CV
.: Artykuły
.: Zdjęcia
.: Blog

. BLOG

13 grudnia 2007, czwartek

Z tym wylotem właśnie dziś, 13 grudnia to był i zamiar (data z 1981 roku, którą zawsze będę pamiętał) i przypadek: Austrian Airlines latają do Wiednia tylko w czwartek właśnie. Jest dziewiąta rano, piszę w restauracji dla personelu lotniska. Nie wiem, jak będzie dalej, ale już to, co przeżyłem od rana całkiem mi wystarczy jako symboliczne pożegnanie ze Sri Lanką.

Wczoraj miało wyglądać to tak: kierowca, który zabiera z hotelu Palm Garden ostatnią dwójkę turystów z Polski wstąpi po mnie w Mount Lavinia, gdzieś między piątą, a piątą piętnaście. Do głównej Galle Road dostanę się tuk-tukiem, który zamówiłem na 4:45. Budzik w telefonie ustawiony na 4:15.

O wpół do trzeciej zadzwoniła Madhu, że kierowca przyjechał do hotelu wcześniej, turyści są już gotowi, więc mam być za trzy kwadranse pod "No Limits" na Galle Road. Wyrwany z poimprezowego, ciężkiego snu powiedziałem, że oczywiście, ale gdy po chwili doszedłem do siebie, a telefon kierowcy nie odpowiadał, zrewanżowałem się jej informacją, że nie zdążę. - To powiem mu, żeby nie czekał - westchnęła Madhu, a ja zapadłem w półgodzinny sen, który przedłużyłem sobie jeszcze do piątej. Nikt nie dzwonił do bramy, więc tak jak przypuszczałem tuk-tuk się nie zjawił. O wpół do szóstej z domu naprzeciw ruszał codziennie autobus do Kolombo, więc celowałem, żeby nim dostać się do Petty, a stamtąd kolejnym autobusem albo tuk-tukiem na lotnisko.

Wytaszczyłem przed dom walizę i torbę (ta druga udawała bagaż podręczny), sprawdziłem że autobus jeszcze stoi za sąsiednim płotem, gdy w następnej bramie pojawił się ćmiący papierosa starszy pan. - Dokąd? - spytał patrząc wymownie na moje bagaże. - Na lotnisko - odpowiedziałem z westchnieniem. - To za pięć minut będziemy tam jechać. - Katunayake? - nie wierzyłem swojemu szczęściu. - Tak, Katunayke - potwierdził, a busik właśnie podjechał. Zapalając kolejnego papierosa usiadł przy kierowcy, ja z bagażem usadowiłem się na pierwszym siedzeniu za nim, a za mną wyjeżdżająca do pracy do Kuwejtu jego żona, pewnie jej siostra, i jeszcze ze trzech chłopaków. Tu wyjazd na lotnisko to cała rodzinna przygoda - pomyślałem, nie przypuszczając nawet jaka.

Ruszyliśmy przez ciemne jeszcze Kolombo, zjeżdżając w Mount Lavinia z Gall Road. - Chce uniknąć kontroli - pomyślałem. Po kwadransie skręciliśmy w boczną uliczkę przy buddyjskiej świątyni, nadającej z potężnego głośnika poranne śpiewy mnichów. Po kilku sygnałach z bramy wyłoniła się kobieta z niemowlakiem na ręku, a za nią, poganiany klaksonem, wsiadł z butami w ręku młody człowiek. - To mój syn - przedstawił go z dumą sąsiad.

Drzemałem, gdy przebijaliśmy się przez całe, budzące się do kolejnego dnia Kolombo. Ludzie szli do pracy, ubrani w starannie odprasowane koszule, kobiety w zwiewne sari. Kiszki skręcały mi się z głodu, bo wczorajsze, pożegnalne party oparte było na diecie owocowej: mango i ananas posypane suszonymi żurawinami, przywiezionymi jeszcze z Polski. Na szczęście na dziesięć minut przez lotniskiem busik zjechał na parking przed lokalną restauracją, w której wielokrotnie jadłem w podobnych okolicznościach, i odprowadzająca ósemka rozsiadła się do śniadania, złożonego z ryżowego makaronu, curry i słodkiej, zaprawionej mlekiem herbaty. Ja wchłonąłem trzy kanapki i popiłem dwiema Nescafe. Był dobry moment, by spytać sąsiada, komu mam zapłacić za transport. Machnął leceważąco reką, więc pokazałem, że stawiam to śniadanie. Wyszło 1021 rupii, łącznie ze mną, czyli po dolarze na osobę. Za tuk-tuk albo taksówkę na lotnisko zapłaciłbym prawie dwa razy tyle.

O siódmej dwadzieścia byliśmy już przy skręcie z głównej drogi na lotnisko i pojechaliśmy dalej. - Pięć minut - powiedział z przepraszającym uśmiechem sąsiad. - O której ten lot do Dubaju? - spytałem na wszelki wypadek jego żony, ściskającej w ręku plastikową teczkę z dokumentami. - Dahai - odpowiedziała, o dziesiątej. Uspokoiłem się: mój lot jest o jedenastej, jak ona zdąży, to ja też.

Po dziesięciu minutach jazdy, już w Negombo, do busika wsiadła kolejna kobieta z nastolatkiem. Teraz odprowadzających było już dziesięcioro. Skręciliśmy w prawo, w kierunku za lotnisko i pruliśmy dalej przed siebie. - Pewnie chcą objechać posterunki, zajedziemy pod terminal od drugiej strony - wytłumaczyłem to sobie, ale mój niepokój narastał. Od ośmiu miesięcy miałem zakodowane, że na lotnisku trzeba być na trzy godziny przed odlotem, a ósma zbliżała się coraz bardziej.

Gdy busik wjeżdżał w coraz to węższe uliczki, aż wreszcie z trudem utrafił w polną drogę zorientowałem się, że to nie jest objazd. - Musimy jeszcze pożegnać się z mamą - wyjaśnił z przepraszającym uśmiechem sąsiad. Przed maleńkim domkiem na skraju dżungli z busika wysypało się całe towarzystwo. - Dziesięć minut, nie dłużej - zapewniali. Co miałem robić? Poddałem się woli Buddy, porobiłem zdjęcia domku i całej rodziny, która po kwadransie zapełniła busik. Poza mną nikt się nie denerwował, wszyscy byli w doskonałych humorach.

Do punktów kontrolnych przed lotniskiem dojechaliśmy kwadrans po ósmej. Uprzejmy, ale stanowczy żołnierz wygarnął z busa pięciu młodych mężczyzn, pozostały trzy kobiety z ośmiomiesięcznym bobasem na ręku i dumny dziadek. - LTTE problem - przeprosił ojciec malucha. Uściskali trzy kobiety i poszli na ogrodzone płotem ławki po drugiej stronie drogi, gdzie zawsze widziałem grupki czekających na coś ludzi. Teraz już wiedziałem skąd się tu brali.

Jeszcze jedna kontrola dokumentów (ja nic nie pokazuję, biała twarz wystarczy) i zajechaliśmy wreszcie pod terminal. Była wpół do dziewiątej. Dziadek z maluchem i tak nie wszedł do środka, bo bilet lotniczy sprawdzany jest przy wejściu. Spojrzałem na tablicę informacyjną i odetchnąłem z ulgą: Wiednia jeszcze w ogóle na niej nie było, odprawa zaczęła się o dziewiątej i trwała do dziesiątej, na godzinę przed odlotem. Poszedłem na górę przedstawiłem moje boje z Pacific Travel i czekałem na rezultat.

Do odlotu był żaden: z Wiednia do Warszawy nadal byłem na liście oczekujących na lot dzisiejszy, na pewno miałem rezerwację na jutro. Dalej miałem walczyć w Wiedniu. Zyskałem tyle, że dowody oszustwa Pacific Travel zostały skopiowane i mieli interweniować w tej sprawie.

do góry



Komentarze:



Dodaj komentarz
Imię:


Adres e-mail:


Komentarz:


Jeżeli nie widzisz tego obrazka kliknij odœwież i spróbuj ponownie

Przepisz kod z obrazka:
:: 24 września 2008
:: 5 maja. 2008
:: 20 kwietnia 2008, niedziela
:: 14 kwietnia 2008
:: 24 marca 2008, poniedziałek Wielkanoncy
:: 18 stycznia 2008, piątek
:: 25 grudnia 2007, pierwszy dzień świąt
:: 13 grudnia 2007, czwartek
:: 11 grudnia 2007, wtorek
:: 9 grudnia 2007, niedziela
:: 4 grudnia 2007, wtorek
:: 30 listopada 2007, piatek
:: 25 listopada 2007, niedziela
:: 20 listopada 2007, wtorek
:: 16 listopada 2007, piątek
:: 11 listopada 2007, niedziela
:: 7 listopada 2007, środa
:: 4 listopada 2007, niedziela
:: 29 października 2007, poniedziałek
:: 26 września, środa, dzień Poya
:: 27 lipca 2007, piątek
:: 18 lipca 2007, środa
:: 22 czerwca 2007, środa
:: 11 czerwca 2007, poniedzialek
:: 6 czerwca 2007, środa
:: 5 czerwca 2007, wtorek
:: 30 maja 2007, środa
:: 25 maja 2007, piątek
:: 14 maja 2007, poniedziałek
:: 10 maja 2007, czwartek
:: 9 maja 2007, środa
:: 24 kwietnia 2007, wtorek
:: 11 grudnia 2006, poniedziałek
:: 27 listopada 2006, poniedziałek
:: 8 listopada 2006, środa
:: 3 listopada 2006
:: 2 listopada 2006
:: 30 października 2006
:: 25 września 2006, poniedziałek
:: 21 września 2006, czwartek
:: 14 września 2006, czwartek
:: 13 września 2006, środa
:: 12 września 2006, wtorek
:: 1 czerwca 2006, czwartek
:: 31 maja 2006, środa
:: 23 lutego 2006, czwartek
:: 9 lutego 2006, czwartek
:: 18 stycznia 2006, środa
:: 26 listopada 2005, sobota
:: 25 pażdziernika 2005, wtorek
:: 5 pażdziernika 2005, środa
:: 28 września 2005, środa
:: 27 września 2005, wtorek
:: 24 września 2005, sobota
:: 29 sierpnia 2005, poniedziałek
:: 24 sierpnia 2005, środa
:: 19 sierpnia 2005, piątek
:: 16 sierpnia 2005, wtorek
:: 13 sierpnia 2005, sobota
:: 7 sierpnia 2005, niedziela wieczór
:: 20 maja 2004, czwartek
:: 15 maja 2004, sobota
:: 13 maja 2004, czwartek
:: 7 maja 2004, piątek
:: 30 kwietnia 2004, piątek

strona główna : kim jestem : co myślę : tłumaczenia, guide : linki : kontakt : english rzetelne media : bed & breakfast
  2005 © Maciej Jagielski. Wszelkie prawa zastrzeżone.