Na decydujące spotkanie w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego w prezydenckim ośrodku w Juracie premier Tusk popłynął łodzią Straży Granicznej. To relacjonowały wszystkie media. „Fakt” napisał jeszcze, że „w czasie rejsu premier mógł przygotować się do rozmów”. Nigdzie jednak nie znalazłem wyjaśnienia, dlaczego z Sopotu na Hel szef rządu popłynął zamiast pojechać. Może to kolejna ekstrawagancja premiera Tuska, po locie LOT-em za ocean?
Ależ nie! Każdy, kto zna drogę z Trójmiasta do Juraty, wie że jedzie się tam wąsko i długo, co najmniej dwie godziny, nawet rządową limuzyną. Premier Tusk szanuje czas, który w weekend chce spędzać z rodziną, więc wybrał drogę najkrótszą – wodną, która zabrała mu pewnie nie dłużej niż kwadrans.
A że później z Prezydentem rozmawiał aż pięć godzin – to trudno, warto było, a z podróżą lądem byłoby siedem. Wysyłał smsy z przeprosinami do żony, zjadł prezydenckie klopsiki, („straciłem pewnie pod względem kulinarnym” powiedział „Polsce”), podziwiał widok na Zatokę Pucką, którą przepłynął. I dopiął sprawy o ogromnym znaczeniu dla Polski, o czym media rozpisywały się, i słusznie.
Ale tę podróż łodzią (bo nie jachtem przecież) też warto było wytłumaczyć.