Pod koniec pierwszego dnia zjazdu SDP prezesem została dotychczasowa prezes. Jej konkurent, Grzegorz Cydejko, szef Klubu Dziennikarzy Biznesowych SDP, dostał 42 głosy delegatów, pani prezes 68.
Cydejko przegrał głównie głosami delegatów pozawarszawskich. Nie był w stanie ich przekonać, choć jest młodszy, miał lepszy program, sprzedawał go o wiele lepiej niż konkurentka. W kuluarach szeptali o nim, że handluje samochodami, ale przegrałby i bez tej insynuacji. Nie zdołał przekonać większości delegatów, bo nie mógł. Gdyby na jego miejscu był Jan Dworak, jak donosiła czwartkowa "Polska" (z kolejną insynuacją , że to ma być jedynie jego krok w stronę powrotu do TVP) albo Maciek Wierzyński, który odmówił kandydowania, bo jest w wieku pani prezes, też przegraliby, może jeszcze bardziej.
Przegraliby, ponieważ dla większości delegatów na zjazd SDP wcale nie najważniejsze są standardy zawodowe, widoczność stowarzyszenia w opinii publicznej, nowe prawo prasowe, zmiany w kodeksie karnym itp. O tym tylko mówią, ale patrzą i biorą pod uwagę w głosowaniu zupełnie co innego.
Najważniejsza jest dla nich obrona miejsc pracy w mediach publicznych, co prezes pracujący całe życie w TVP gwarantuje, możliwość taniego wypoczynku w Domu Prasy w Kazimierzu nad Wisłą, co obiecuje, tanie lokale od miasta w ramach statusu organizacji pożytku publicznego, co prezes obiecuje także. I nie jest ważne, że obietnic tych spełnić nie potrafi, czego dowiodła ubiegła kadencja. Im samym też nie najlepiej się wiedzie, często mają poczucie zawodowej porażki, więc porażki prezesa przyjmują wyrozumiale, natomiast uwagi krytyczne - z wściekłością, bo to jest atak na nich tam, gdzie im błogo - w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Pokrzywdzonych.
Dlatego dotychczasowy prezes jest najlepszy, bo nie zaburzy tego, co jeszcze mają, a ciągle daje nadzieje na coś lepszego. A poza tym przygotował takie ładne "Forum Dziennikarzy", płaci za dojazd do Warszawy, za hotele i catering. Natomiast nowy człowiek na tym stanowisku jest wielką niewiadomą, a im bardziej znany i z autorytetem - tym większą, a więc i zagrożeniem.
Pod wodzą prezesa od lat dziesięciu Stowarzyszenie Dziennikarzy Pokrzywdzonych pozostanie ekonomicznym skansenem PRL i polityczną sierotą po IV RP. Póki nie zmienią się członkowie, nikt inny nie ma szans na wybór.