W sobotę 27 września odbędzie się Nadzwyczajny Zjazd SDP. Jestem na niego delegatem, choć nikt mnie o zgodę nie pytał, bo tak zarządził Zarząd Główny. Mam stawić się na Foksal i przegłosować nowy statut SDP oraz stworzyć komisję do spraw budowy dziennikarskiego Skolimowa, czyli Domu Dziennikarza Emeryta. Za tym drugim akurat jestem, choć nie wierzę, iż SDP będzie to w stanie zrobić, ale na Foksal w sobotę nie przyjdę.
Nie przyjdę na Nadzwyczajny Zjazd SDP ponieważ uważam, że aby zwoływać Zjazd Nadzwyczajny trzeba wpierw skończyć zjazd zwyczajny, sprawozdawczo–wyborczy, ten ze stycznia, który odbył się w kwietniu i po wybraniu nowych władz drugą część, programową, miał mieć w czerwcu. Nie miał i do dziś nie wiem dlaczego.
Nie przyjdę na ten zjazd również dlatego, że ma on uchwalić statut SDP jako organizacji pożytku publicznego. Od 2005 roku konsekwentnie jestem zdania, że SDP taką organizacją być nie powinno, bo jest to naciąganie ustawy służącej organizacjom niosącym pomoc społeczną. SDP też świadczy ją swoim członkom, i chwała mu za to, ale nie jest to istota jego działania, a wyciągać rękę po złotówki podatnika i przywileje lokalowe nie wypada, gdy ma się miliony na koncie, odzyskany budynek na Foksal i perspektywę wykupu domu w Kazimierzu Dolnym. Te racje przekonująco wyłożył ostatnio Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. Uważam, że uchwalenie takiego statutu spowoduje zmianę rozwinięcia skrótu SDP, często używanego przez Stefana Bratkowskiego, Honorowego Prezesa SDP, ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Przyzwoitych na Stowarzyszenie Dziennikarzy Pazernych. Nie będę przykładał do tego ręki, nawet przez głosowanie przeciw.
Nie przyjdę na ten zjazd również dlatego, że wstydzę się za SDP-owski projekt zmiany prawa prasowego. To, że przygotowywała go pani dr politologii z toruńskiej uczelni ojca Rydzyka powinno było być dla Zarządu Głównego SDP ostrzeżeniem. Nie było, a skutki są przerażające. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego dziennikarskie stowarzyszenie przedstawia projekt prawa prasowego, który: „poddaje wiwisekcji środowisko dziennikarskie, dzieląc je na trzy kasty”, „poddaje umysłowej tresurze osoby wchodzące do zawodu”, „deprecjonuje status i dorobek wielu czołowych dziennikarzy podporządkowując ich zawodowe losy widzimisię urzędniczych gremiów”, „gwałci wolność mediów i nawiązuje do totalitarnych metod koncesjonowanie żurnalistycznej profesji”. To nie są określenia z „Gazety Wyborczej”, od lat traktującej SDP z dużym dystansem, ale z artykułu „Zły pomysł SDP” autorstwa Pawła Paliwody, zamieszczonego w tym tygodniu przez „Gazetę Polską”.
W tej sytuacji na usta ciśnie się pytanie: dlaczego jeszcze pozostaję członkiem SDP? Otóż dlatego, że moją rezygnacją nie chcę ulżyć prezesowi, który za publiczne nazwanie stylu kierowania SDP „mokrosizem” domagał się, by Dziennikarski Sąd Koleżeński z SDP mnie wykluczył. Bezskutecznie. Nie robię tego także ponieważ nie wierzę, iż powstanie inne, nowe dziennikarskie stowarzyszenie. Nie ma na to w środowisku dość woli działania ani środków, które ma SDP, fundujące pozawarszawskim delegatom na Nadzwyczajny Zjazd zwrot kosztów podróży i dwa hotelowe noclegi, a wszystkim obiad.
Co zatem trzeba robić? To samo, co robiliśmy za PRL-u – informować, dyskutować, przekonywać. W to, że tamten system upadnie wierzyli przecież tylko fantaści. Tak samo jest dziś z mokrosizmem.