Wczorajsze dzienniki telewizyjne podały informację o śmierci Maćka Łukasiewicza. Spotykaliśmy się w tym i zeszłym roku wiele razy, widziałem jego wychudzenie i zmęczenie chorobą, wiedziałem, że ostatnio leży pod tlenem w krakowskim szpitalu, a mimo to ciężko przeżyłem jego odejście.
Dopiero ze wspomnienia w dzisiejszej Rzepie dowiedziałem się, że chodziliśmy do tej samej szkoły - wtedy na Parkowej, dziś na Piaseczyńskiej, do warszawskiej podstawówki i liceum nr 44, imienia Antoniego Dobiszewskiego (nasz patron był komunistą rozstrzelanym przez Niemców w Palmirach, a po 1989 roku - już tylko nauczycielem; i tak cud, że sie uchował). Dzieliło nas siedem lat, to w wieku szkolnym epoka, ale dlaczego nie zauważyłe go na ostatnikm dużym zjeździe absolwentów naszej szkoły, chyba w 1997 roku, kiedy to spotykalismy sie na szkolnym boisku przy balonikach z rocznikami zdania matury? Nie wiem, może go wtedy nie było, bo im roczniki były wcześniejsze - tym grupki te były rzadsze. A teraz ubył Maciek.
Inni też zdają się też nie wszystko o nim wiedzieć. W dzisiejszych wspomnieniach w "Rzepie" i "Wyborczej" brakuje sprawy z ostatnich miesięcy, ze stycznia tego roku, kiedy to na forum zjazdu SDP rozgrywała się, a raczej była rozgrywana, kwestia jego kandydowania na prezesa SDP.
Namawialiśmy go do tego długo, kilka razy, w szpitalu na Banacha i w domu przy Koźlej. Po rezygnacji z prowadzenia "Rzeczpospolitej" miał na to ochotę, ale powstrzymywała go niepewność co do stanu zdrowia. Ostatecznie zdecydował się kandydować, był na zjeździe SDP na Foksal. W jego pierwszym dniu honorowy prezes SDP gorąco radził delegatom wybór Łukasiewicza. Następnego dnia rano, kiedy napisała o tym "Rzeczpospolita", wydarzyła się nagła zmiana: na sali został odczytany list Stefana Bratkowskiego, odwołujący wczorajsze poparcie dla Łukasiewicza, a Maciek na Foksal już się nie pojawił, usprawiedliwiając się pogorszeniem stanu zdrowia.
25 czerwca tak napisał o tym w swoim okienku na otwarcie "Plusa-Minusa": "Dostałem wczoraj z IPN - po półrocznym oczekiwaniu - kwit uznający mnie za poszkodowanego przez służby PRL. Nie wiem dlaczego tak długo to trwało, specjalnie nie zależało mi na tym certyfikacie, ale obligowała mnie do tego styczniowa uchwała zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który bez mojej wiedzy i zgody wybrał mnie do Zarządu Głównego.
Było silne lobby, abym zgodził się objąć funkcję prezesa, ale w ostatniej chwili zrezygnowałem - mimo ogromnej ochoty - tylko i wyłącznie ze względu na stan zdrowia. Niemniej, już wtedy krążyła lista Bronka Wildsteina (o czym nie wiedziałem), na której - obok Darka Fikusa - pojawiło się kilkakrotnie także i moje nazwisko. Część kuluarów lansowała pogląd, że wycofałem się ze względu na twórczą współpracę w latach .80 ze Służbą Bezpieczeństwa. Mogło z tego wynikać, że "Rzepa" po 1989 roku znalazła sie w sidłach dawnej bezpieki i post-komunistycznych układów nomeklaturowych. Mądrym wystarczało czytać gazetę, głupim i tak nic by z tego nie przyszło. Darka szybko oczyszczono z zarzutów, ja musiałem czekać aż pół roku (...)".
"Część kuluarów", o której pisał Maciek, woli dziś nie pamiętać o tym, co robiła tak niedawno. Już zresztą w sprawozdaniu ze zjazdu w "Forum Dziennikarzy", wydanym w maju, ta sprawa całkiem wyparowała. Dlatego przed pogrzebem, na którym te "kuluary" pewnie się pojawią - trzeba ją przypomnieć.