Oprowadzałem wczoraj grupę znajomych Norwegów po warszawskiej Starówce. Nie ma to jak spojrzenie z innej perspektywy na swoje miasto. Schody przy Trasie W-Z, otwarte niedawno z taką pompą przez prezydenta Kaczyńskiego, mimo krytycznego opisania w „Rzeczpospolitej” nadal ukrywają istnienie kibelków na dolnym poziomie, a o klucz do pełzającej windy trzeba prosić u góry, więc niepełnosprawny, chcący skorzystać z niej od strony Trasy W-Z, nie ma szans.
Tuż obok - wieża widokowa przy kościele świętej Anny. Byłem na niej kiedyś, mam piękne zdjęcia stamtąd, więc chcieliśmy wjechać na górę – bo Norwedzy w wieku trolejbusowym (dla młodszej publiczności: numery trolejbusów, kiedy jeszcze jeździły po Warszawie z wiecznie spadającymi pałąkami, zaczynały się od 50). Niestety, okazało się to niemożliwe: „Winda jest tylko do pomieszczeń prywatnych” powiedziała na dole pani sprzedająca pamiątki i bilety. Czyli – proboszcz windą, a turyści schodami? Z dziewiątki moich gości chętny był tylko jeden (jeszcze nie w wieku trolejbusowym), więc kościół na nas nie zarobił, a piękny widok przepadł.
Poszliśmy na Zamek, a tam na dziedzińcu – współczesne wydanie przepychu wschodniego władcy. Potężna konstrukcja z betonu, stanowiąca podstawę klimatyzowanego, ogromnego namiotu, w którym obradowali prezydenci i premierzy na warszawskim szczycie Rady Europy, wypełnia dziedziniec niemal bez reszty. O majowym zjeździe mało kto dziś pamięta, ale namiot - niestety - pozostał. Podobno szuka się na niego kupca. Ochrona pilnuje, przewodnicy wznoszą oczy do nieba, turyści nic z tego nie rozumieją, bo przez dziedziniec przejść nie mogą. I tak mamy w sercu miasta namiot wezyra Kwaśniewskiego, tkwiący wśród zamkowych murów, na szczęście niewidoczny z zewnatrz. Kto za to płaci? Obawiam się, że Kancelaria Prezydenta, czyli my wszyscy z naszych podatków.
Warszawską historię Norwedzy wytrzymali niedługo, po godzinie zwiedzania zapadliśmy na piwo na rynku, a ja po raz kolejny przekonałem się, że oprowadzanie po Warszawie odbywa się nadal według schematu szkolnego pantofelka (na lekcjach biologii dziatwa szkolna od pokoleń mordowana jest wkuwaniem budowy tego stworzenia, którego nikt nie widział, ale każdy uczeń musi wyliczyć jego wypustki, jądro, ciała jamiste i co tam jeszcze – pamiętam to wciąż po ponad 40 latach), czyli masą informacji wątpliwie użytecznych, przy braku tych, które przemawiają do wyobraźni współczesnego człowieka.
Przecież Zamek Królewski to nie tylko pierwsza siedziba książąt mazowieckich, a potem polskich królów i posiedzeń Sejmu, nie tylko odbudowana dopiero za Gierka, bo wcześniej władza ludowa nie lubiła pamiątek po feudalnym ustroju, ale także – na przykład - miejsce starcia demonstrantów „Solidarności” z policją, polewającą ich na 3 maja 1982 roku z armatek wodnych – są świetne zdjęcia, to własnie pokazujące. Spytałem, czy jest warszawski turystyczny szlak „Solidarności” - na 25-lecie jej istnienia może by się przydał, tym bardziej że lamentujemy jak to świat pamięta tylko o berlińskim murze, a nie o gdańskiej stoczni. To prawda, ale popatrzmy, ile Niemcy zrobili, żeby upadek tego muru stał sie symbolem. A u nas tylko pomnik przed bramą stoczni a za nią - pustka wymarłego zakładu.
A w Warszawie jest kościół św. Stanisława Kostki z grobem księdza Jerzego Popiełuszko i jego wielką, poruszającą serce i wybraźnię historią zamordowania przez bezpiekę. Ile razy brałem tam zagranicznych gości, tyle razy wychodzili poruszeni, skupieni, przejęci. Ale warszawscy przewodnicy prowadzą tam turystów tylko na specjalne życzenie – standard to Stare Miasto, Łazienki, Wilanów, Umschlagplatz (i dobrze). Jednak tak jak Auschwitz nie istnieje bez Holocaustu ale i losu ojca Kolbego, tak Warszawa nie powinna być pokazywana bez przedstawienia postaci bohaterskiego kapelana „Solidarności”.