Strona główna Kontakt English Version
 
Rzetelne media Kim jestem Co myślę Tłumaczenia, guide Linki Ajaks Bed & Breakfast
 
   
.: deklaracja
.: obserwacje

. OBSERWACJE

Warsaw Business Journal, maj 2003

Kaganiec czwartej władzy

Pewnie nie dowiemy się już, po co naprawdę minister kultury Waldemar Dąbrowski odwiedził redaktora naczelnego tygodnika „Polityka”, Jerzego Baczyńskiego. Wpierw w miasto poszła wieść, że próbował powstrzymać druk tekstu „Polska to Jan”, o biznesmenie Janie Kulczyku, później było zaprzeczenie, że nic takiego nie miało miejsca, jeszcze później – wyjaśnienie, że wizyta była, ale panowie rozmawiali na inny temat. Artykuł, ujawniający narodziny wielu wielkich prywatyzacyjnych polskich transakcji, przy których dr Kulczyk był jak położna, jednak w „Polityce” się ukazał, więc może nie warto dochodzić, o czym panowie rozmawiali w empirowym gabinecie na czwartym piętrze biurowca „Polityki” na warszawskiej Ochocie?

Jednak warto, szczególnie teraz, gdy afera Lwa Rywina przegoniła nieco mgły, spowijające warszawskie „towarzystwo”, do którego należą ludzie ze szczytów polityki, biznesu i mediów. Dzięki temu choć przez chwilę wyraźnie było widać, że w kraju, gdzie cenzura jest konstytucyjnie zakazana, czwarta władza nie tylko pozostaje w doskonałych stosunkach z trzema pierwszymi, ale często ulega presji, i to nie tylko polityków, ale i biznesu. Przecież w tej samej „Polityce” pytanie o aferę Rywina zniknęło jednak z wywiadu z premierem jesienią zeszłego roku, choć wtedy interweniował w tej sprawie tylko kolega-redaktor. Inny przykład, podawany przez Julię Piterę, szefową polskiego oddziału „Transparency International”: córka znanego człowieka została oskarżona o poważne przestępstwo. Jej ojciec osobiście obszedł redaktorów naczelnych najważniejszych gazet, co spowodowało, że informacja na ten temat ujrzała światło dzienne tylko raz, w formie małej notatki.

To, co ujawnione w Warszawie i na szczytach władzy, budzi jeszcze zaskoczenie u zwykłych ludzi, w polskim życiu codziennym dawno przestało dziwić. Medialna rzeczywistość, obserwowana przez mnie od kilku miesięcy z Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, daje dziesiątki tego przykładów. Dziennikarze są oficjalnie cenzurowani lub po cichu przekupywani przez władze lokalne. Jeśli są one wydawcami ich dzienników czy tygodników, a tak dzieje się coraz częściej (każda władza lubi o sobie poczytać i na siebie popatrzeć), nie trzeba nawet uciekać się do takich sposobów: wystarczy zaufany redaktor naczelny, a zgodnie z prawem prasowym może być nim każdy, byle pełnoletni i niekarany za przestępstwa prasowe, wiec najlepiej - spoza branży.

Tak dzieje się nie tylko na poziomie gminy czy powiatu. Ankieta, jaką miałem okazję przeprowadzić wśród dziennikarzy kilkunastu gazet jednego z zachodnich medialnych koncernów w Polsce, wykazała zatrważający upadek etyki dziennikarskiej na skutek nacisków polityków i biznesu. Oto wypowiedzi dziennikarzy o wieloletnim doświadczeniu, z renomowanych, pozawarszawskich tytułów:

“Awareness of advertisers pressure is rising”. “I see owners rights to interfere and advertisers calls in order not to be presented negatively, otherwise the next time they will not come to us”. “Focus is only at economic results, sensationalism, good connections with authorities”. “Too much pressure from politicians”. “Editors and politicians are too close”. “Top editors are too cozy with local politicians”, “There were cases of editors asking journalists to do certain topics”, “Gifts for journalists are becoming common”.

The straight question: “Have you ever being offered a bribe?” brought chilling answers: “I was offered to edit business paper when getting a story about certain company”. “Offer of a monthly salary for getting to certain individual from a local company with expert questions; PR for this person would be achieved this way”. ”I was offered money and expenses for description of certain enterpreneur’s problems, but I refused”, “I was given money for not writing about protests of local people against big investment”, “Offer of a car test”.

Porzućmy więc złudzenia: polscy dziennikarze są przekupywani, straszeni i naciskani. Pozostanie niezależnym reporterem i redaktorem to jedno z trudniejszych wyzwań tego zawodu. Wystarczyło popatrzeć, co działo się w konkurencyjnych wobec „Polityki” mediach: po publikacji „Polska to Jan” inny tygodnik zamieścił artykuł jakby pisany na zamówienie dr Kulczyka, a najpoważniejsza gazeta codzienna – wywiad z nim, w którym każde pytanie stwarzało mu szansę odparcia zarzutów. A przecież pozostała jeszcze broń najgroźniejsza: reklamy kontrolowanych przez niego przedsiębiorstw...

Stosowanie niewidocznego dla postronnych, ale doskonale skutecznego nacisku politycznego zostało doprowadzone do perfekcji w Telewizji Polskiej. Początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy to do szefa Dyrekcji Programów Informacyjnych na Placu Powstańców z prośbami (przed dziennikiem) i awanturami (po nim) dzwonili ministrowie i posłowie, to już wyblakłe wspomnienie. Dziś nie ma już takich potrzeb, albo nie ma po co dzwonić, bo każdy wie, co może wskórać.

Obecnie sterowanie tym, co podaje się do wierzenia o godzinie 19:30 jest zorganizowane zupełnie inaczej. O wszystkim (znów) decydują kadry. Ich właściwy dobór nie kończy się na szefach, schodzi daleko w dół i przez wydawców kolejnych wydań „Wiadomości” dociera aż po dziennikarzy. Tych też ma się „swoich”, czyli takich którzy nie tylko wykonają każde polecenie, ale i sami wiedzą, co i jak pokazać. Tyle, że niekiedy zdarza się, że w odruchu szalonego protestu (dziecko w drodze, mieszkanie do spłacenia) nie podpiszą materiału, nie dadzą swojego głosu, wyjadą na urlop. Gdy wracają, często okazuje się, że nie ma już dla nich pracy. Dostali ją inni – jeszcze młodsi i jeszcze bardziej posłuszni. „Premier przestał lubić pana materiały” usłyszał niedawno jeden z tych, którzy wykonywali każde polecenie. I już nie robi tych najważniejszych, politycznych tematów z Sejmu.

Wielkie media to wielki biznes. Między biznesem a państwem nie powinno być zbyt bliskich kontaktów, bo te rodzą wzajemne zależności. Do biznesu medialnego odnosi się to szczególnie; i choć wiadomo, że także w utrwalonych demokracjach rzeczywistość daleko odbiega od ideału (wystarczy przykład związków polityki z mediami Silvio Berlusconiego), to jednak trzeba jak bić na alarm, gdy minister próbuje zablokować druk artykułu, a na wskroś polityczna telewizja ogłasza się lepszą od BBC. Wolność mediów nie jest dana; trzeba o nią codziennie, uporczywie i uparcie walczyć, bo bez niej zwyrodnieje demokracja.

Na szczęście większość dziennikarzy zdaje sobie z tego sprawę, a natura tego zawodu nieustannie nakłania ich do tego, co powinno być ich powołaniem: odkrywania prawdy.


Andrzej Krajewski


do góry

:: 26 września 2005 r.
:: 26 grudnia 2005
:: 31 lipca 2006 roku
:: Forum Dziennikarzy, maj 2003
:: październik 2003
:: maj 2003
:: październik 2004
:: Warsaw Business Journal, maj 2003
strona główna : kim jestem : co myślę : tłumaczenia, guide : linki : kontakt : english rzetelne media : bed & breakfast
  2005 © Maciej Jagielski. Wszelkie prawa zastrzeżone.