Dziennikarze zgodnie oceniają, że kampania była profesjonalna. O ile dobrze
rozumiem, profesjonalizm polega na tym, żeby wszyscy kandydaci mieli takie
same plakaty, takie same uśmiechnięte rodziny, prezentowali się jednakowo,
wyglądali podobnie i żeby biedny wyborca, który rozeznanie polityce ma kiepskie,
zgłupiał ostatecznie i ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, że polityka
to tylko walka o władzę, albo o stołki, jak to dosadnie lud nazywa.
Po wyborach koleżeństwo dziennikarskie załamuje łapki, że taka niska frekwencja.
A jak ma być po takiej kampanii, po takich programach telewizyjnych?
Profesjonaliści wiedzą, że wyborca reaguje emocjonalnie, a nie intelektualnie
Trzeba więc odwoływać się do haseł, a nie do skomplikowanych programów, które
trudno wytłumaczyć w trzech zdaniach, jakie da się powiedzieć w telewizji.
Zresztą zwykle da się powiedzieć tylko jedno zdanie. Choć programy związane
z wyborami noszą miano debat – a to kandydatów między sobą, a to kandydatów
z dziennikarzami, to nawet, jeśli dwaj panowie kulturalnie rozmawiają, też
walczą o wrażenie, jakie wywrą, a nie o przekonanie kogokolwiek do czegokolwiek
poza sobą.
Prowadzący debaty dziennikarze nie zadają prostego, najprostszego pytania:
JAK? Jak pan pani, chce założony cel osiągnąć? Nie pytają o ciąg przyczyn i
skutków. O konsekwencje proponowanych rozwiązań. To byłoby przecież nudne.
A w telewizji musi się dziać. No i w efekcie w publicznej –misyjnej!
telewizji oglądaliśmy programy według wzoru – moim zdaniem najgorszego – Elżbiety
Jaworowicz, w którym jest krzyk, łzy, emocje, brakuje natomiast sensu i zrozumienia
komu i co chodzi.
A jeszcze program I TVP pokazał nam sztukę, napisaną wprawdzie przez Anglika
i dotyczącą polityki angielskiej, ale iluż widzów myślało sobie: ależ ta polityka
jest świńska!
A jeszcze jedyna bohaterka sztuki, niby sprawiedliwa dziennikarka (a prawdę
mówiąc, też świnia), wygłasza lewackie brednie, które mają być ilustracją jej
szalonej szlachetności.
Nie wiem, czy przekonywanie ludzi, że polityka to tylko brud, awantury i pchanie
się na stołki, przybliża nas do społeczeństwa obywatelskiego, czy oddala?
Czy wrzucanie wszystkich polityków do jednego worka pod tytułem: zła i skorumpowana
klasa polityczna, ułatwia obywatelom dokonanie wyboru?
Czy naprawdę w tej klasie Donald Tusk jest taki sam, jak Andrzej Lepper, a
Marek Borowski taki sam jak Waldemar Pawlak? Jeżeli są tacy sami, to po co
mam wybierać – myśli ten i ów, który jeszcze potrafi logicznie myśleć.
Jaka poprawność polityczna, czy też pseudoobiektywizm nakazuje dziennikarzom
unikać własnych jawnie wyrażanych ocen? Tym bardziej, że wprawne ucho i tak
wyłowi, komu kibicuje ten czy inny dziennikarz. Czytelnik, widz, czy słuchacz
ma przecież prawo poznać opinie i, co ważniejsze, argumenty, na podstawie których
ta opinia się kształtuje. Ale musi też wierzyć, że ta opinia kształtuje się
we własnym sumieniu wspartym rozumem, a nie innymi czynnikami z sumieniem mało
mającymi wspólnego.
Rozpowszechnione jest przekonanie, że w tej polityce, to nic, tylko kłócą
się i kłócą. A przecież powinna być zgoda. Czy dziennikarze pomagają skołowanym
wyborcom pojmować sens demokracji, którym właśnie jest spór? A okazja była
znakomita. PO i PiS prezentowały tak wyraźnie różne wizje państwa, że aż się
prosiło dokładnie wytłumaczyć istotę tych różnic.
Ale w tym celu dziennikarz musiałby coś sam wiedzieć. Nie tylko w powodzi
wrzasków i krzyków tzw. publiczności pilnować kolejności wypowiedzi i pozwalać
politykom mówić, co im się tylko podoba.
Społeczeństwu obywatelskiemu potrzeba jak powietrza politycznego dziennikarstwa
śledczego. Takiego, które wyśledzi nie tylko ewidentne kłamstwa, ale które
wyśledzi także głupotę polityków. I potrafi ją przy pomocy ekspertów wykazać
i udowodnić. Owszem w prasie to się jeszcze zdarza. W mediach elektronicznych,
których siła rażenia jest nieproporcjonalnie większa, niemal nigdy.