Dziennikarz III RP: herold wolności czy wyrobnik mediów?
Pytanie jest oczywiście prowokacyjne i nie da się na nie udzielić jednoznacznej, zdecydowanej odpowiedzi: na własnym przykładzie mogę udowodnić, że można być i tym, i tym, i że w pewnym tylko stopniu zależy to od samego dziennikarza.
Za Trzeciej Rzeczpospolitej byłem zarówno dziennikarzem publicznej telewizji - dokładniej korespondentem Telewizji Polskiej i Polskiego Radia w Waszyngtonie, gdzie swoją pracę mogłem uznawać za dawanie świadectwa wolności, bo będąc tam sprzeciwiłem się decyzji sędziego, żądającego ode mnie zapisu rozmowy z oskarżonym w „aferze karabinowej”, który ja uważałem za materiał prasowy, chroniony tajemnicą dziennikarską, i spór ten z sędzią wygrałem - jak i wyrobnikiem medialnym, którego praca polegała na takim adiustowaniu tekstów, by je podkręcić, wyostrzyć i zdynamizować, tak aby pochwycić za taką właśnie cenę uwagę Czytelnika. I nie miało to wcale miejsca w firmie obcego, bezwzględnego kapitału, lecz w szacownym polskim, ba, PRL-owskim koncernie prasowym, gdzie niesłychanie przejęto się ideą walki konkurencyjnej i badaniami tego, czego podobno oczekuje Czytelnik.
A mogę też Państwu pokazać pierwszy zapewne w historii polskiej prasy numer miesięcznika czy może kwartalnika, w którym nastąpiło historyczne odwrócenie ról: to dział reklamy stał się redakcją po to, by stworzyć odpowiednie tekstowe otoczenie dla reklam. Powstało coś, co w intencji autorów miało być czymś między Focusem a Newsweekiem, a jest pisemkiem gładziutkim jak lakierowany papier, na którym jest drukowane.
Zdanie z leadu artykułu "Mężczyzna na pasach": „Elegancki mężczyzna ma lub powinien mieć kilka koszul" jest kanonem banału, podobnie jak następne: „Koszula to rzecz męska, jest tłem dla twarzy, buduje estetykę sylwetki, przekazuje innym informacje dotyczące stanowiska, funkcji oraz sposobu, w jaki traktuje on miejsce pracy i swoje otoczenie". I w tym to piśmie znalazła się dziennikarka ze znanym nazwiskiem - sam ją tam zresztą poleciłem - wyłącznie dla chleba przecież i tylko jednorazowo.
Co zatem decyduje, że w praktyce człowiek - dziennikarz - zostaje heroldem wolności albo wyrobnikiem mediów? Spróbuję wskazać na kilka okoliczności, które mają na to wpływ, ale wcale nie oznaczają, że to właśnie na ich podstawie będzie można z całą pewnością powiedzieć sobie: będę heroldem, albo: zrobią ze mnie wyrobnika.
Przede wszystkim: sytuacja polskich mediów.
Analizie ich działania, którą niedawno robiłem dla fundacji Friedricha Eberta, dałem tytuł: Polskie media: sukces ze znakiem zapytania. Bo tak właśnie, najkrócej można określić obecną sytuację mediów w Polsce.
Dlaczego sukces? To wydaje się oczywiste. Afera Rywina, publikacje Rzeczpospolitej, Gazety Wyborczej, Newsweeka, Polityki, praca dziennikarzy śledczych ujawniających skandale korupcyjne i polityczne, Rzeczpospolitą kolesiów, gdzie polityka miesza się tak bardzo z biznesem, że nie sposób odróżnić, kto gdzie pracuje, kto za czym lobbuje, kto z czego żyje.
I publikacje tych heroldów wolności odnoszą jakiś skutek: ministrowie Łapiński i Nauman już nimi nie są; minister Sobotka rezygnuje z immunitetu poselskiego, nawet posłanka Beger zamiast puszczać kurwiki na komisji śledczej, musi w samoobronie iść do szpitala, bo inaczej straci mandat, oskarżona o sfałszowanie swojego wyboru, co zresztą i tak jej nie pomaga.
To wszystko opisuje prasa, a słowa dziennikarzy zaczynają mieć moc sprawczą, tym większą im słabszy jest rząd Leszka Millera, zresztą - każdy rząd. Minister Janik nie bez przyczyny mówi, że polityka można dziś ubić gazetą.
Sukcesem, i to na skalę europejską jest największy polski dziennik "Gazeta Wyborcza" i jej wydawca Agora, jednocześnie właściciel kilkunastu regionalnych stacji radiowych, portalu internetowego, firmy reklamy zewnętrznej i bezpłatnej gazety codziennej. Agora to sukces komercyjny i medialny, chociaż afera Rywina odebrała jej sporo napędu, a jej naczelny pokazał się zdumionej publiczności o wiele bardziej jako polityk niż jako dziennikarz.
Sukcesem jest "Rzeczpospolita", także gazeta niezwykła w skali europejskiej - bo przecież to dziennik w 49 procentach będący własnością skarbu państwa, a w pozostałej części obcego kapitału, norweskiej ORKLI MEDIA, mającej także 10 innych regionalnych gazet w Polsce. Jeśli mówi się, że polskie media po 1989 r. zostały poddane prywatyzacji i to jest źródłem ich niezależności i sukcesów - to nie do końca jest to prawdziwe, bo właśnie „Rzeczpospolita” nie jest sprywatyzowana do końca, a mimo to nie można żądną miarą uznać jej za głos rządu, choć każdy rząd po 1989 r. chciał tego niezmiernie. Konflikt między udziałowcami osłabia jej wartość, ale na szczęście nie wpływa na niezależność redakcyjną.
Sukcesem jest rozwój prasy i bardziej generalnie - mediów lokalnych. Te tysiące gazet, wydawanych przez lokalne towarzystwa, spółki, osoby prywatne sprawiają, że władza lokalna nie jest pewna czego jutro dowiedzą się o niej wyborcy, że nie ma nad obywatelem takiej władzy, do jakiej przywykła w czasach PRL-u. I jest to prawda mimo wszystkich ograniczeń, klik, powiązań i zależności, o czym pewne informacje docierają do mnie, do Centrum Monitoringu Wolności Prasy.
Polskie media to także tygodniki opinii Newsweek, Polityka, Wprost - zróżnicowane własnościowo, dobrze ilustrujące różne drogi prywatyzacji.
A do tego dochodzi jeszcze internet, dający możliwość publikowania przy minimalnych kosztach, w porównaniu z innymi mediami.
Czyż więc jest tylko sukces? Oczywiście, że nie i stąd znak zapytania. Nie można przecież uznawać za sukces sytuacji w mediach publicznych, szczególnie w telewizji nazywanej dla zmylenia publiczną, lecz w istocie polityczno-komercyjną. Jaki jest jej program - widać jak na dłoni, nie sposób często odróżnić jej od kanałów komercyjnych, chyba że głęboką nocą, bo wtedy w nich są jakieś różowe balety, a w publicznej - czarne wspomnienia z lat PRL-u.
O tym, że w tej właśnie telewizji dziennikarz o wiele częściej jest wyrobnikiem mediów niż tropicielem prawdy, jeszcze bardziej od tego, co ona pokazuje świadczy to, co pomija milczeniem, ale może najbardziej świadczy o niej dziennikarskich długa lista dziennikarskich nazwisk tych, którzy w tej telewizji byli, ale albo dłużej nie byli już w stanie wytrzymać, albo z nimi nie było szefom po drodze. Przecież w TVP pracowali lub mieli swoje programy Jacek Żakowski, Krzysztof Skowroński, dziennikarzem i korespondentem "Wiadomości" był Tomasz Lis, byli Jerzy Modlinger, Barbara Rogalska, Krzysztof Turowski, Jacek Moskwa, Katarzyna Kolenda Zaleska, byli prezenterki Grażyna Bukowska, Bożena Targosz, Krystyna Czubówna.
Nic dziwnego, że 25-lecie pontyfikatu Jana Pawla II komentowały takie dziennikarskie tuzy jak Piotr Kraśko i Tomasz Kamel. Jak - już lepiej nie mówić.
I nic dziwnego, że taka telewizja publiczna, której szef zostaje określony jako członek „grupy trzymającej władzę” przez Lwa Rywina, musi chwytać się "błędu w tłumaczeniu", by pół roku temu ogłosić się laureatką nagrody dla najlepszej telewizji publicznej roku 2002 - tyle tylko, że jak w odpowiedzi na list SDP napisał nam szef Europejskiej Unii Nadawców, EBU, która miała TVP nadać ten tytuł - "nagrody takiej nigdy nie było". Zastanawiam się, jak musieli czuć się dziennikarze TVP, gdy ogłaszali ten sukces swojej firmy - tak łatwy do zweryfikowania, bo przecież na stronie internetowej EBU nie było o nagrodzie ani słowa?
I jeszcze jeden przykład, z tego tygodnia, z telewizyjnej relacji z konferencji, która 12 listopada odbyła się na Foksal na temat "Polowania na dziennikarzy", zorganizowanej przez CMWP. Była kamera z „Wiadomości”, była jakaś młoda, mila pani redaktor, która tylko miała zebrać obrazki i kilka wypowiedzi do kamery - nagrała Annę Marszałek, mnie, prokuratora już nie, bo nie miała instrukcji o co go spytać.
Wieczorem siadam przed telewizorem i widzę zajawkę: dziennikarze o sobie, jakieś ujęcie z konferencji, ale bez informacji kto i co zorganizował, jest moja wypowiedź podpisana SDP, nagle pojawia się także sekretarz generalny SDRP, które nie miało z tym nic wspólnego i wygłasza jakieś ogólnie słuszne stwierdzenie, dalej w sprawie moralności dziennikarskiej zabiera głos Jerzy Urban i kamera o chwilę za krótko pokazuje piękny obraz Tamary Łempickiej na ścianie jego willi w Konstancinie. Dalej jest rzecznik rządu, pan Kaszuba, a na koniec pan Orcholski, autor tego zlepku chorej wyobraźni obwieszcza patrząc w kamerę, że z dziennikarzami nikt jeszcze nie wygrał i wszystko jest fantastycznie.
I tu już jesteśmy całkowicie w krainie wyrobników mediów: w "Wiadomościach" nie ma już dziennikarzy, są wyłącznie chodzące podstawki pod mikrofony i noszący statywy wyrobnicy medialni oraz redaktorzy dysponujący zdalnie, za pomocą komórek gdzie trzeba jechać i co z kim nagrać. Gdy jest konferencja prasowa dziennikarz „Wiadomości” z reguły o nic nie pyta, bo nie wie o co spytać, no chyba że mu zdążą podpowiedzieć z centrali na Placu.
Takim miejscem tragicznym są jednak nie tylko media publiczne. To przecież nie kto inny jak szef Passauer Neue Presse, pan Hirtreiter kajał się w liście do prezydenta Kwaśniewskiego za to, że dziennikarze wydawanego przez ten koncern "Dziennika Bałtyckiego" odważyli się wspólnie z kolegami z nieistniejącego już „Życia” śledzić możliwe spotkania działacza SLD Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim agentem Wlamimirem Ałganowem. Jak wiadomo ostatecznie Sąd Najwyższy uznał, że skoro dziennikarze wykazali szczególna staranność i rzetelność przy zbieraniu tego materiału prasowego, to nawet jeśli nie dotarli do prawdy, nie mogą być za to karani.
Czy zresztą prawda była taka, a nie inna, czyli gdzie w istocie był w tamtym sierpniu sprzed 10 lat Aleksander Kwaśniewski, nie jest jeszcze dowiedzione do końca, sprawa wróciła do Sadu Apelacyjnego, który ma zbadać zeznania i dowody pomięte przez poprzednie sądy.
Gorzkim świadectwem tej zależności jest artykuł Jana Jakubowskiego, redaktora naczelnego „Dziennika Bałtyckiego” w latach 1991-96 opublikowany w tygodniku WPROST z 16 listopada 2003 r. Opisuje on jak to w rok po przejęciu gazet regionalnych od francuskiego Hersanta, zamiast początkowych deklaracji o niewtrącaniu się właściciela w robienie gazety, usłyszał od prezesa Mathieu Cosson, że ma robić gazetę "apolityczną". W miesiąc później okazało się, że ta apolityczność miała polegać na wspieraniu Aleksandra Kwaśniewskiego, wówczas kandydata na prezydenta, który w Gdańsku wyraźnie przegrywał w sondażach z Lechem Wałęsą, za co winił lokalny dziennik. Skutek był taki, że lokalny prezes PNP zjawił się na kolegium „Dziennika Bałtyckiego” ze zdjęciem woźnicy prowadzącego za uzdę konia i oznajmił: To jest wasz Czytelnik! Dla niego macie robić gazetę! Jakubowski odszedł, jego następca także po aferze z listem do prezydenta.
"Model gazety opiniotwórczej przekształcono w rodzaj pozbawionego ambicji komiksu, wypełnionego bezrefleksyjną informacją nie skażoną dociekaniem przyczyn i skutków opisywanych zdarzeń. Upadała żegluga, rybołówstwo, stocznie - tysiące ludzi lądowało na bruku, a „Dziennik Bałtycki” nie analizował tych zjawisk. Polityka stała się rewirem zakazanym. Na łamach DB nie ma tak drażliwych dla niemieckiego właściciela tematów jak Centrum Przeciw Wypędzeniom czy żądania odszkodowań przez niemieckich przesiedleńców. Dlaczego musimy robić gazetę dla woźniców?” - pyta Jakubowski.
Znakiem zapytania są praktyki dziennikarskie tworzących się polskich tabloidów – „Super-Expressu”, a zapewne wkrótce - beniaminka polskiego rynku prasowego „Faktu”. Czy fotograf polujący możliwość utrwalenia obrazu Aleksandry Jakubowskiej w papilotach czuł się jak reporter śledczy czy jak wyrobnik? Czy dziennikarz opisujący samobójstwo 11-latka z powodu surowości pani od angielskiego nie wiedział, że następnego dnia będzie pisał wersję tej samej historii, w której ten chłopiec określony jest jako słaby uczeń, wymagający wyjątkowo pobłażliwego traktowania?
A jak czuli się dziennikarze tygodnika "Kulisy", który całkiem niedawno w pogoni za sensacja na pierwszej stronie zamieścił ostrzeżenie: jeśli chcesz otruć swoje dziecko - każ mu pić mleko! W środku tezę, że człowiek nie krowa, nie ma pięciu żołądków i dlatego mleko mu szkodzi, popiera co prawda jeden lekarz, ale nie ma ani słowa wyjaśnienia tych lekarzy, którzy zalecają picie mleka od setek lat. Kategoryczność takich sformułowań przeraża i przywodzi na myśl wspomniane na wstępie wyostrzanie i podkręcanie, byle tylko złapać uwagę Czytelnika, bez oglądania się na społeczne skutki takiej pisaniny.
Jest wreszcie także pytanie, którego nie sposób pominąć, gdy rozmawia się o stanie ducha polskiego dziennikarza: jego kieszeń. Sprywatyzowanie mediów spowodowało, że zarobki dziennikarskie stały się tematem tabu; ich wysokość jest prawie nieznana, bo pracodawcom jest o wiele wygodniej, gdy narzucają ich utajnienie. Nie jest jednak tajemnicą, że w ostatnich latach w związku z kryzysem na rynku reklam zarobki ten raczej spadały niż rosły.
Miałem okazje rozmawiać o tym z dziennikarzami wielkiego zachodniego wydawcy, wcale nie uważanego za najgorszego w branży i obraz jest ponury: młodych zatrudnia się na ćwiartkę czy ósemkę etatu, kpiąc sobie w żywe oczy z płacy minimalnej, ale i z 40- godzinnego tygodnia pracy, bo dziennikarz to zawód twórczy i listy obecności przecież nie może podpisywać. Doświadczonych dziennikarzy wypycha się na samozatrudnienie, bo tak jest taniej i "headcount" wygląda znacznie lepiej. Zatrudnia się młodych do zbierania informacji na dwa-trzy miesiące na gołej wierszówce, a potem wyrzuca, bo na ich miejsce przyjdą przecież inni, a gazetę robi się kilkoma doświadczonymi redaktorami.
W „Rzeczpospolitej” ukazał się niedawno ważny list Krzysztofa Czabańskiego, dziennikarza który wyliczył to, o czym ma wiedzę operacyjną, ale nie procesową:
x- że można kupić u dziennikarzy kampanię promującą albo zniesławiającą dowolny towar, instytucję, kampanię czy osobę;
x - że można używać dziennikarzy do przecieków kontrolowanych
x - że można zatrudniać w mass mediach współpracowników i oficerów tajnych służb.
Bywa też - pisze Czabański - że właściciele lub dysponenci mediów używają ich do własnych gier biznesowych lub politycznych.
Zgoda - potrafię, podobnie jak redaktor Czabański, podać przykłady takiego właśnie postępowania dziennikarzy i właścicieli mediów, choć także jest to wiedza operacyjna, czyli na podstawie zaufanych źródeł i niemożliwa często do udowodnienia.
Zgadzam się, choć list ten powstał w odpowiedzi na moje między innymi oświadczenie przeciwstawiające się opinii, iż polscy dziennikarze należą do najbardziej skorumpowanych wśród krajów wstępujących do Unii Europejskiej. Mimo to nadal jestem zdania, że tak generalnie wyrażona opinia narusza dobre imię naszego zawodu, bowiem badanie, na jakim oparto ten wniosek, stwierdzało jedynie, iż istnieją w Polsce warunki sprzyjające korupcji dziennikarzy, natomiast nie odnosiło się w żaden sposób do tego, czy ta korupcja rzeczywiście istnieje, czy też nie.
Ale warunki te warto wymienić, bo są to: wieloletnia tradycja decydowania o sobie przez obywateli, przekonanie że w kraju działa efektywne prawo przeciw korupcji, odpowiedzialność władzy wobec obywatela na wszystkich szczeblach, stopień alfabetyzmu, wysokiej jakości system kształcenia dziennikarzy, utrwalone w tradycji, powszechnie znane i przestrzegane kodeksy etyczne dziennikarzy, wolna prasa, wolność wypowiedzi i wolny przepływ informacji oraz wysoka konkurencyjność na rynku mediów.
Proszę teraz zgadnąć, w którym z tych kryteriów Polska dostała najwyższą, piątkową notę, a w którym zero? Otóż piątkę dostaliśmy za wygraną walkę z analfabetyzmem, dwóję za warunki konkurencji, a zero za przekonanie, że w kraju efektywnie ściga się korupcję. Średnia z tych miar dala nam 41 miejsce na 66 badanych krajów; na czole tej listy były kraje skandynawskie i Nowa Zelandia, na końcu - Chiny, Arabia Saudyjska i Wietnam, gdzie zresztą także najlepiej było pod względem umiejętności czytania i pisania.
Odpowiedź na postawione na wstępie pytanie jest więc chyba taka: to czy każdy z nas aspirujący do wykonywania zawodu dziennikarza będzie w przyszłości heroldem czy wyrobnikiem mediów nie do końca zależy od nas samych. Zależy przede wszystkim od jakości polskiej demokracji, którą - urzeczywistniając wolność słowa - sami tworzymy. I robi się to zarówno na łamach "Wyborczej" jak i "Rzeczpospolitej", obalając ministrów - a może i premierów - tekstami dziennikarzy śledczych - jak i na własnej stronie internetowej pisząc, że wójt bierze łapówki, przy czym by napisać to drugie trzeba mieć więcej odwagi, choć tyle samo - rozwagi.
Dalej zależy to od naszych zasad etycznych, tego zbioru dziennikarskich zasad postępowania, powszechnie znanych i przestrzeganych, bo inaczej nie znajdzie się miejsca w tym zawodzie.
W następnej kolejności wymieniłbym warunki wykonywania naszego zawodu - także te materialne, czyli to, żebyśmy nie musieli, tak jak policjanci, demonstrować w Alejach Ujazdowskich, bo nie mamy za co żyć i utrzymać swoich rodzin.
Zależy to jednak także od osobistej determinacji, ambicji i wytrwałości, bo na nikogo dziś nie czekają w żadnej redakcji z otwartymi ramionami, trzeba się do naszego zawodu przedzierać i przebijać, a często latami łączyć pracę dla chleba z tą dla ideałów.
Mógłbym pokazać takie wybory na przykładzie własnej drogi życiowej, ale wolę powiedzieć o kimś innym. Otóż moim cichym bohaterem tego zawodu jest dziennikarz publikujący coraz częściej poważne, wartościowe reportaże na łamach szacownego "Tygodnika Powszechnego", który na co dzień jest sekretarzem redakcji z jednym z tych kolorowych pisemek, które wyrzucamy po przejrzeniu, bo i tak nic nie zostało nam w głowie z plotek i banalnych porad.
Jest w jednej osobie heroldem i wyrobnikiem, uosobieniem sukcesu ze znakiem zapytania, dowodem, że polscy dziennikarze są w sytuacji dobrej, ale nie beznadziejnej. Jak długo tak wytrzyma - to jest pytanie na które nie potrafię odpowiedzieć, a chyba i nie chcę.